Czarny czwartek, czarny protest i różowa książka. Wspaniała. Jej barwny wydźwięk nie poprawił mi humoru, ale skłonił do refleksji. Dlatego właśnie przedstawiam Wam „Długą Bertę” ze składu książek, #3,50.

Długa Berta

Myślę, że przypadki nie chodzą po ludziach, one naumyślnie ich wybierają, podobnie jak zdarzenia, stany, rzeczy, okoliczności… Dziś, kiedy wszyscy mądrzy ludzie, którzy w tym kraju jeszcze pozostali, walczą o prawa kobiet czarną falą zalewając plac przed Sejmem, cała reszta łączy się z nimi sercem i czarnym selfie w mediach społecznościowych, w moje ręce wpada książka cienka (tylko 160 stron!) i niezwykła. „Długa Berta”  Cucy Canals- przeczytałam ją szybko i na jednym oddechu, zamiast oczywiście skupić się na robocie zleconej przez bibliotekę, baśniowy klimat, czarny humor, brak logiki i ludzka głupota. Zupełnie jak dziś.

Mam prawie trzydzieści lat i kiedy ktoś mnie pyta, kiedy urodzę dzieci mam ochotę mu odpowiedzieć dosadnie, że w tym kraju ciężko o szczęśliwe życie, zwłaszcza dla dziewczynek, gejów i kobiet. Wydawać by się mogło, że bezpiecznie można mieć jedynie kota. Choć sympatia do tego gatunku zwierząt człowieka u władzy niespecjalnie przekłada się na walkę w obronie praw zwierząt… I tu znów klops, nie ma się czego chwycić. Strach się rozmnażać i zakładać rodzinę. Społeczeństwo bardziej oburza fakt, że ktoś domaga się przynależnego mu prawa wyboru i ochrony zdrowia, niż zbrodnia wykorzystania seksualnego 11- letniego dziecka oraz zmuszenie go do porodu- bestialstwo! Dygresja jak zwykle za długa, do książki wrócić należy.

Cała poetycka opowieść Canals rozgrywa się w większości w malowniczej,  bogatej w ubóstwo i wyjątkowych mieszkańców wiosce Navidad. Poznajemy „Długą Bertę”, jej szalonego ojca i na pozór spokojną matkę Robertę, przygłupiego Amadeusza Głuptaka i księdza Federico. Wszyscy są jednocześnie bardzo zwyczajni w swoich pragnieniach, troskach i marzeniach oraz nadzwyczajni zarazem. Wszystko za sprawą tęczy, zakazanej miłości, Różowej Najświętszej Panience i rywalizacji o władzę na mapie z miejscowością na P.

Autorka powieści w sprytny, humorystyczny sposób przemyca informacje na temat ludzkich błędów, przywar i głupot. „Długą Bertę” kończy wojna, jednak nie polsko- ruska, a różowo-niebieska. Wojna, jak to wojna- jest bezsensowna i krwawa. Ofiar dużo, zysków brak…

I to właśnie dziś, kiedy kolor czarny zasmuca, w ręce wpadł mi różowy, który mimo powierzchownej szaty, jest równie smutny… Tak, jak kiedyś Juan Quintana w obawie przed utratą córki, pobił ją… a w dalszej konsekwencji stracił życie, tak dziś Polska, okłada ciosami nas Kobiety… Zapłaczmy, a z nieba spadnie deszcz, tylko czy to coś zmieni?

 

Głupi jak osioł? Zastanów się czy warto tak mówić, kiedy osioł Federico ucieka od ludzi, ma rację!

Cuca Canals 

 

Wolności i godności,

Spryciara

czarnyprotest

Wyobraź sobie, że stoisz na rozgrzanym placu i bierzesz udział w jakimś szkolnym konkursie, niech będzie z „przysposobienia obronnego”.  Masz kilkanaście lat. Ładujesz broń, wykonujesz rozkazy, przyjmujesz pozy, a wszystko to według określonego schematu, z precyzją i szybkością. Szorstki mundur drażni twoje pokryte pryszczami plecy, równie pryszczata skóra na twarzy piecze jak cholera, pot się leje, ale jakoś ci idzie. Inni się wykruszają, po pewnym czasie zostaje  już tylko jeden przeciwnik. Niestety jest to prymus, ulubieniec dziewczyn, nauczycieli, ukochany syn, którego starzy kibicują z trybun. Jednym słowem godny przeciwnik, który jednak popełnia błąd i to Ty zwyciężasz konkurencję, co zostaje ogłoszone. Hurra!?

Tłum gromadzi się przy przegranym, pocieszając go i chwaląc jego wysiłki, nauczyciel także mu gratuluje walki do końca, a Ty stoisz sam, bo jesteś Henry Chinasky i nawet twoi starzy nie ruszyli tyłków z domu, by cię zobaczyć. Masz pryszcze, wdajesz się w bójki, pijesz i jesteś dziwny. Nikt Cię nie lubi. Codziennie dostajesz mega lanie odkąd stanąłeś na swoich wątłych nóżkach kilkulatka. Jesteś workiem treningowym swojego popieprzonego i sadystycznego ojca i nikt nie przychodzi ci z pomocą w tej cudownej Ameryce, w której spełnia się wszystkim „amerykański sen”. Tak proszę Państwa rodzi się mroczny, cyniczny talent Charlesa Bukowskiego….

 

„Piękne myśli i piękne kobiety nigdy nie zagrzewają miejsca”

Charles Bukowski

 

-Co czytasz?

-Teraz- Bukowskiego „ Historie o zwykłym szaleństwie”

-Aaaa to muszą być bardzo smutne opowieści …

 

W rzeczy samej, smutne, ale jakże prawdziwe, zaś sama poszarpana fabuła cholernie wciągająca. Charlesa poznałam „za dzieciaka”, tzn. zaczęłam od książki „ Z szynką raz” i potem jakoś trudno było mi wybić sobie z głowy to, co tam przeczytałam. Ta pierwsza z przeczytanych przeze mnie książek tego autora kładzie się cieniem na pozostałe, wpływa na odbiór i interpretacje, dlatego też w tym wpisie zaprezentuje Wam klasyczny subiektywny obiektywizm;-)

 

Charles Bukowski

Charles Mc Boski Bukowski jest autorem wymagającym. Dlaczego? Otóż jego opowieści przesycone są taką ilością alkoholu, iż nie sposób przeczytać ich na trzeźwo! Być może z tego względu czytając Bukowskiego dzierżę w jednej dłoni książkę, a w drugiej szklaneczkę whisky (na bogato) lub wina (gdy portfel groszem nie śmierdzi). Jak to dobrze się pośmiać, czy oburzyć kiedy Hank, Henry lub jakiś tam przypadkowy bohater jednej opowieści wda się w głupią bójkę, przyciśnie do ściany w chuci jakąś wątpliwej urody damę noszącą za to różowe majtki, zaś sam Bukowski puści pawia tuż przed spotkaniem z czytelnikami. W odpowiednich ilościach  ta proza jest na swój sposób relaksująca. Ba, nawet pouczająca. Bukowski jest bowiem facetem mrocznym, zapitym, ale też okrutnie inteligentnym, jego złote myśli wzbogacają Czytelnika i dają mu na wstrzymanie, jeśli chodzi o głupią życiową pogoń za czymś tam… istotnie ważnym.

 

„Różnica między sztuką, a życiem polega na tym, że sztuka jest znośniejsza”

 

Człowiek fascynujący, ale z daleka. No bo powiedz Drogi Czytelniku, czy chciałbyś się z Bukowskim  spotkać, przeżywać dłużej niż tydzień, wytrzeć jego pawia, zmyć jego gary, zrozumieć go? Byłoby to trudne, zwłaszcza jeśli jesteś pedantem. Być może właśnie dlatego świadomy swego naznaczenia Bukowski spędził życie w otoczeniu wielu osób, przyjaciół od kieliszka i interesu, jako człowiek samotny. Cenię go za dystans, czarną barwę poczucia humoru i skromność. Lubię to, co wyszło spod jego pióra. Zabawne, że dzięki niemu inaczej przechodzę obok otulonych oparami alkoholu, śpiących na gwoździa dżentelmenów. Trochę to głupie, wiem.

 Charles Bukowski

 

„Prawie każdy człowiek rodzi się geniuszem i jest pochowany jako idiota”

 

 

 

 

 

 

Serdeczności,

Spryciara

 

Wpis zawiera cytaty Charlesa Bukowskiego

Zawsze uważałam, że podróże dookoła świata muszą być fascynujące. Wydawało mi się, że podróżowanie czyli poznawanie nowych kultur, krain geograficznych, zmaganie się z przeciwnościami losu i bycie w drodze jest wspaniałe… jednym słowem PRZYGODA! Przygoda zarezerwowana tylko dla odważnych, na szczęście dla reszty pozostaje jednak równie interesująca alternatywa, mianowicie KSIĄŻKA. Nie muszę chyba dodawać, że zaliczam się do tego drugiego zbioru. Jako przedstawicielka osób bojących się dzików, wysokości i krwi nawet nie marzę o tym, by z plecakiem wybrać się w podróż do Tybetu.  Udało mi się jednak poznać tę niezwykłą krainę od pięknej, fascynującej strony, a to za sprawą malarki i pisarki, Aya Goda i jej magicznemu „TAO”. Tutaj powinno pojawić się „serduszko” .

Aya Goda

Aya Goda

„TAO” to opowieść o dwóch pokrewnych duszach, które los zetknął w podróży i połączył wspólną przygodą i uczuciem. Nie brakuje w nim ważnych w kulturze Chin i Tybetu zwrotów i faktów historycznych, uczuć, które nie wymagają nazywania pasji-pasją, a miłości- miłością (Azjaci są w tym temacie wyjątkowo oszczędni), jest za to wspólne przebywanie, empatia i wyrozumiałość. Dla zepsutego wzniosłym „Ja” świata zachodu  jest to zjawiskowo piękne, ale też tak bardzo „egzotyczne” i niezrozumiałe do końca.

W opowieściach Aya i Cao o Tybecie najbardziej ujęła mnie historia „mistrza ceremonii w pochówków przez powietrze”. Tseren, którego poznajemy w czwartej części powieści, zajmuje się  pochówkiem przez powietrze, jest więc grabarzem, ale jakże wyjątkowym.

Mieszkańcy Tybetu z uwagi na trudne warunki, w jakich przyszło im żyć, wydają się obcować w 100% w zgodzie z naturą, przystosowując się do łańcucha, jaki jest w przyrodzie przypisany. Zjadanie się, umożliwiające przetrwanie jest czymś naturalnym. Robaki i ryby jedzą ludzkie ciało, psy jedzą kupy i padlinę, odchodami jaka pali się w piecu, etc.  Nic nie może się zmarnować, nawet ludzkie odchody,  które ze smakiem są zjadane właśnie przez psy.

Wracając do pochówku; otóż występują jego cztery rodzaje; poprzez spalenie- tylko dla najbogatszych, poprzez ziemię- dla zmarłych na choroby zakaźne, w wodzie- dla niemowląt i samobójców oraz przez powietrze- dla wszystkich pozostałych. Ostatni jest najciekawszy! Wysoko w górach na specjalnej platformie odbywa się ta interesująca i przez Europejczyków być może nazwana „makabryczna” ceremonia.  Przywiezione na specjalnym wózku owinięte w płótno nagie zwłoki układa się na kamieniu rzeźniczym, przywiązując jednocześnie głowę za pomocą liny do dużego kamienia. W tym samym czasie zapala się ogień, by dymem dać sygnał ptakom. W  dalszej kolejności mistrz ceremonii odkrawa części ciała ludzkiego i rzuca je sępom na pożarcie. Makabryczne? Wydaje się, że tak jednak poznając bliżej kulturę i warunki panujące w Tybecie, wydaję się to być nieco bardziej naturalne rozwiązanie. Żywi, mają szanse przeżyć, a martwe ciało zostaje wykorzystane w 100%. Poza tym Tybetańczycy wierzą, że dusza nieboszczyka, którego ciało nie zostanie w całości zjedzone przez sępy, będzie się tułać po świecie i cierpieć, dlatego też dbają o solidną zapłatę dla mistrza ceremonii, którego jednak wolą omijać na ulicy- za paznokciami może mieć bowiem nadal strzępki ludzkiego ciała…

TAO na swoich niespełna trzystu stronnicach mieści wiele równie interesujących i prawdziwych historii. Wybrałam tę, ze względu na osobiste zainteresowania lękiem egzystencjonalnym, od lat badanym w ramach Terror Management Theory.

Nie mogę zakończyć tego wpisu nie zwracając uwagi na trudną sytuację Chińczyków zmuszonych do życia w socjalistycznych Chinach. Kiedy Cao Yong wreszcie ucieka w tego kraju, w którym rządzi zakaz, bezpieka i donosicielstwo, dręczy mnie lęk… widziałam bowiem „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego, ostatnie wyrazy do momentu, w którym pojawia się hasło „wylądowaliśmy”, czytałam  niemal na bezdechu w obawie przed awarią samolotu. Yong miał  więcej szczęścia, niż Witek- główny bohater filmu Kieślowskiego, dzięki czemu cały świat mógł się poznać na jego wspaniałym talencie. Wielka w tym również zasługa Aya Gode, bez której to wszystko mogło się po prostu nie udać.

Podsumowując, wspaniała książka! Dzięki niej poszerzyłam swój horyzont, poznałam magiczne krainy i obowiązujące w nich normy społeczno- polityczne. Śmiem twierdzić, że rozumiem więcej, ale wiem wciąż za mało… Ot, magiczna moc lektury!

 

praca wre by Spryciara

praca wre by Spryciara

Dla zainteresowanych przekazuję link obrazujący twórczość Cao Yonga. Prawda, że wielki artysta?:)


http://caoyong.us/

 

Mieliście  w rękach tą magiczna książkę?!
Jakie są Wasze odczucia po jej lekturze.
Dzielcie się proszę swoimi spostrzeżeniami w komentarzach!

 

Serdeczności!

Spryciara

Bywa suką, kiedy spogląda w lustro, kiedy się kocha z przypadkowo poznanym mężczyzną i także wtedy, gdy zwalnia lub awansuje swoich ludzi. Tak często o niej mówią „suka”, że sama tak o sobie myśli, a co gorsza w to wierzy… Tymczasem Ewita Szot to inteligentna, odważna, atrakcyjna kobieta, którą życie nie rozpieszczało, a ona i tak okiełznała jego żywioły i ocaliła w sobie dobro.

 #suki to my! #sobota #dzienkota #wygrzewamsie z dobra #ksiazka  #krystynakofta #lubieczytac #literatura #kobiety #silnebabki #dobrybut i #mozg robia robote!

#suki to my! #sobota #dzienkota #wygrzewamsie z dobra #ksiazka #krystynakofta #lubieczytac #literatura #kobiety #silnebabki #dobrybut i #mozg robia robote!

Suka mała w koncie stała i tak się przechwalała: zdolna jestem niesłychanie, najpiękniejsze mam ubranie, umiem wiersze opowiadać,  tyra ryra ryra tyra, tańczę, kiedy gra muzyka..- tańczyć to
i ona może potrafi ale jak jej zagra ten jej facet! Skubana suka złapała takiego, to już go nie puści. Przystojny, bogaty, przyrodzenie ma niczym dobry kruszec warzące i na swoim miejscu zamocowane. Co za suka zabiera kobietom w wieku dojrzałym, pięknym, inteligentnym
i doświadczonym,  rówieśników z rynku matrymonialnego? Tylko parszywa suka!

 

„SUKA”. O tym jak często to okropne słowo jest nadużywane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety uświadomiła mi Krystyna Kofta w książce, którą popełniła w ubiegłym roku „Suki”. Przyznam, że Kofta dotkliwie zadała cios etyce i kulturze osobistej, jaką sądzimy, że reprezentujemy- my intelektualiści
i intelektualistki, wolni ludzie. Też coś!

Na kolana zupełnie powala „Traktat o sukach”, jaki na łamach powieści tworzy pisarka Adela, jedna z głównych bohaterek książki, choć sama z „typową” suką się nie kojarzy, to i tak często tym słowem obrywa. Adela zauważa w jaki sposób to słowo, używane z taką lekkością rani, krzywdzi, a co gorsza na dobre wdziera do jakże wybitnego języka polskiego i wachlarza nawyków społecznych zezwalających na przypisywanie tego określenia wedle uznania każdej kobiecie. „Suka”, niczym „kurwa” stała się przecinkiem w mowie potocznej, w mowie kuluarowej, w mowie polskiej.

„Ty suko, jak zaparkowałaś!?”, „Nie chce mi dać podwyżki wredna suka!”, „Udław się suko tym swoim uśmiechem.”, „Tylko takiej suce mógł się trafić taki facet.”, „Skąd ta suka ma tyle kasy?”, „Suka-puszcza się na prawo i lewo.”, „Dupą to stanowisko wywalczyła, suka jedna”, „Gdybym był ładny jak ty, też miałbym dobre oceny, ty suko.”,  eteceraaaa….

Mowy nie ma o solidarności jajników, kobiecej przyjaźni, czy lojalności. Zazdrośni mężczyźni
i małpujące po nich kobiety na zmianę obdarowują uśmiechem i określeniem na „s” co drugą napotkaną kobietę. Po co? Cóż, może czują się dzięki temu lepiej. Słowo „suka” nie stanowi komplementu, nie jest też miłe, obniża zatem wartość obdarowanego nim bohatera, w tym wypadku bohaterki.  No i wkracza wspaniałe odkrycie psychologii społecznej pod nazwą slut schaming., które wszystko wyjaśnia, ale tylko jeśli mowa o płci jakże pięknej.

Po co obniżać wartość innych? A po to, by samemu poczuć się lepiej. Tak, tak jesteśmy bardzo zakompleksionym społeczeństwem XXI wieku, zaryzykuję, że bardziej, niż kiedyś… Wniosek  z tego taki Czytelniku- jeśli usłyszysz o pewnej kobiecie, że jest suką więcej niż 4 razy, biegnij ją poznać! Może i nawet się z nią zaprzyjaźnisz lub się w niej zakochasz,  bo prawdopodobnie to inteligentna, asertywna i zaradna życiowo kobieta.

To tyle. Rozumni, pojęli. I hope! J

Nie będę pisać więcej o książce Kofty, nie chce odbierać Wam radości płynącej z jej lektury.
Do książek zatem i do następnego wpisu!

Pozdrawiam,

Xoxo Spryciara

Jeśli powrót, to z przytupem i dobrym tematem. Mam dla Was coś interesującego. Włóżcie ulubione, niekoniecznie wygodne buty, bo czeka nas mała, piesza, perwersyjna wędrówka.

Uważa się, że różnice indywidualne dzielą ludzkość na podzbiory także w kategorii kroków, a dokładniej rzecz ujmując stylu ich stawiania. Krok krokowi nie równy. Niektóre żwawe, inne powolne i ociężałe, jeszcze inne sprężyste. Kroki podobno nas zdradzają. Na ich podstawie bowiem, wszak obrzydliwi złoczyńcy potrafią w ułamku sekundy ustalić szanse złamania upatrzonej ofiary i własnego sukcesu. Krokami, zupełnie nieświadomie, ale zawsze, interesują się chociażby gwałciciele… Tak jest! Dlatego nigdy nie zdrabniaj dziewczyno, stawiaj pewne kroki, trzymaj dystans między stopami i co ważniejsze- nie oglądaj się za siebie!  To było jedno z moich głównych przykazań z dekalogu bezpieczeństwa. Było i jest. No dobra,  koniec  z osobistymi dygresjami, zacznijmy od nowa, czyli od „Kroków” Kosińskiego Jerzego- jednego z moich ulubieńców. Jak ja lubię tę jego prozę!

Kroki

 

Och Jurek, Jurek… Ty to musiałeś mieć życie…

„Kroki” to kolejna książka autora nasycona wątkami autobiograficznymi. I tutaj zaczyna się zabawa! Dlaczego bowiem tylko dobre lub nieszkodliwe postępki miałyby mieć źródło w stanie faktycznym, zaś te złe miałyby pozostać wytworem wyobraźni? Wiedzieć musicie, że poszarpany tekst doskonale oddaje historie bohatera o dość poszarpanym życiorysie. Tutaj uratuje kobietę, wskaże hipokryzję kościoła.. a tu gardło podcina, jaja miażdży i zabija… Czy to wciąż jedna i ta sama osoba, czy kilka historii niezależnych? Ot cały Jurek! Zastanawiaj się Czytelniku! To samo, czy już inne? A jaki Ty masz system wartości? Zrobił byś to, czy tamto? Rozdzielił, czy też połączył zło i dobro na jednej półce sadzając? Pomyśl!

Czytam i myśli kotłują mi się pod kopułą, a mimo to oderwać się od lektury nie mogę? Dowiaduję się, że ludzie mogą być szlachetni, że czasem mają honor… albo że są dobrzy, a co z tym się wiąże- ufni i naiwni, podatni na manipulację kochanków…(Miłość to najgorszy doradca w kwestii oceny drugiego człowieka. Zawsze zmyli, w pole wywiedzie, na niebezpieczeństwo narazi…), bywają też hipokrytami, manipulantami, egoistami i chamami.. a jaka jestem ja? Jaki system wartości mam tak na oficjałkę, a jakiego się trzymam tak naprawdę? Czy posunęłabym się do pewnych rzeczy? Co cenię, a czego nie znoszę w ludziach? Pytam i staram się odpowiedzieć. To trudne, bo trudne być musi.

„Kroki” to początek wędrówki w głąb siebie. Wędrówki nie łatwej, bo zahaczającej o religię, ego i kompleksy…Wędrówki bardzo potrzebnej. Zachęcam do lektury, choć nie rozumiem kto projektował okładki dla polskiej edycji książek tego autora… Straszne są! Owszem jest w prozie Kosińskiego sporo seksu, ale to nie znaczy, że ma on sprzedawać książkę ubierając ją w tak banalną oprawę. Dobrze, że nie dla okładki, a treści większość czytelników kupuje i czytuje książki.

Kroki

Serdeczności, słodkości i przyjemności,

Spryciara

 

 

Londyn, teatr i niesamowicie dobra narracja- to wystarczyło, abym pokochała „Buddę z przedmieścia” autorstwa Hanifa Kureishi. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, iż aby Was- Drodzy Czytelnicy zachęcić do sięgnięcia po tę niezwykłą książkę, muszę opowiedzieć nieco więcej. Proszę bardzo- to dla mnie wielka przyjemność!

Budda z przedmieścia

Mężczyzna- osobnik płci męskiej, dowolnej rasy. Jaki powinien być, aby wzbudzać szacunek, sympatię, a nawet zachwyt? Zdania mogą być podzielone. Czy ów mężczyzna powinien być przystojny, bogaty, a może niezwykle inteligentny? Najlepiej pełen pakiet! Czy jednak nie straci w naszych oczach, gdy rzeczywista sytuacja obnaży jego absolutny brak umiejętności podstawowych, chociażby takich jak przygotowanie śniadania? Cóż, Karim- główny bohater powieści „Budda z przedmieścia” zderzając te dwa odległe światy, jakim była rzeczywistość, a więc proza życia i super ego człowieka doskonale mu znanego, stwierdził, iż jego ojciec jest po prostu żałosny i kompletnie mu nie imponuję. Wówczas w Londynie, w jednym z mieszkań bezpowrotnie upadł MIT mężczyzny, jaki wykreowały Indie.. W Londynie nie obowiązywał bowiem system kastowy… obowiązywał jednak klasowy; dobrze urodzeni, inteligenci kontra klasa robotnicza, zamieszkująca na przedmieściach Londynu…

Zupełnie niesłusznie, imigranci zostali wykluczeni z tej pierwszej, pomimo oficjalnie przyjętej poprawności politycznej. Nie mogli być jak rdzenni mieszkańcy, więc przyjęli pozycję po przeciwnej stronie bieguna. Często szczycili się tym, iż się nie uczą, nie rozwijają, nie pracują… zupełnie nieświadomie zamykając sobie drzwi do lepszego świata, o którym przecież marzyli- oni, ich rodzice, dziadkowie , a także krewni, którzy planowali rozpocząć życie w lepszym świecie- UK!

Czy o tym jest tak książka? I tak, i nie. Losy Karima- potomka rdzennej Brytyjki i Hindusa, ocierają się podobny zarys rzeczywistości- jednak nie wyczerpuje on tematu. Bohaterowie Kureishi są autentyczni, chwytają się ludzkich umysłów i na długo zapadają w pamięć. Każdy z nich jest inny; zarówno w zbiorze, jak i pomiędzy zbiorami- a wiec zupełnie inny niż Czytelnik. W każdej wariancji. To właśnie ta „inność” sprowadza na Czytelnika natrętne myśli dotyczące podobieństw i nierzadkiej niesłuszności własnych postaw i przekonań. Dodam, iż cieszy mnie punkt widzenia autora- nie dzieli on bowiem społeczeństwa na dwa zbiory MY-ONI, a wskazuje nawet na wewnętrzne konflikty, chociażby pomiędzy imigrantami , którzy jak się okazuję, również bywają uprzedzeni chociażby względem Pakistańczyków.

 

„Budda w z przedmieścia” skłania do refleksji, ale co ważniejsze dodaje odwagi w pogoni za własnymi marzeniami i ich realizacją, jednocześnie boleśnie przestrzegając, iż samo spełnienie marzeń, nie uczyni nas szczęśliwymi ludźmi.

Mnie osobiście wątek Karima- chłopaka, który na początku zupełnie od niechcenia staję się aktorem, uwiodła najbardziej. Podobnie z resztą jak ten cały egotycznie i seksualnie rozbuchany świat artystów. Sceptycyzm i pożądanie czasem nie mogą się wykluczać. Zwłaszcza jeśli mowa o sztuce przez wielkie „S”- ktoś musi poświęcić swój tyłek…w przenośni i dosłownie, warto zatem nosić przy sobie wazelinę.

Kureishi nie kończy optymistycznie, ale daję nadzieję i poucza. Zmiana i chaos, a także mieszane uczucia względem otaczających nas osób stanowią stały element naszego życia. Czy to w Londynie, czy w Nowym Jorku, czy też we Wrocławiu… Serdecznie polecam lekturę „Buddy z przedmieścia”!

 

Powyższy wpis dotyczy książki Hanifa Kureishi „Budda z przedmieścia”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa ZNAK w 2015 roku.

Upalne lato sierpień 2015. Kiedy słupki rtęci dobijały do trzydziestki -czułam się świetnie, kiedy zaś dosięgły do trzydziestki piątki i na dłużej zadomowiły się na tej wysokości, poczułam lekki dyskomfort. Brak oddechu w tramwaju, niemoc joggingu i trud spacerów rozgrzanymi, miejskimi chodnikami,  wzmagały deprywację; aby nie dopuścić do kolejnego etapu, jakim jest irytacja, przekształcająca się nie rzadko w agresję, sięgnęłam po książkę, jak to zwykle w mym życiu bywa. Jednak tu zaskoczenie… przełamałam bowiem pewien schemat w kwestii wyboru tytułu…

Trudno mi określić, czy to z wewnętrznej przekory, cech charakterologicznych jakie prezentuję, czy też ze zwykłej głupoty, posiadam nawyk nie pochylania się nad niczym, czym zachwyca się większość. Ot, taka moja ludzka przypadłość. W egoistycznej chwale nazywam się „nonkonformistką”. Nie oglądam filmów, które podobają się wszystkim, nie zachwycam się trendami w modzie, które stają się popular, nie lubię muzyki puszczanej w radio i nie czytuję książek prezentowanych na półce w empiku opatrzonej tabliczką „bestselery”.

Tak już mam. Dlatego też moja stała odpowiedź na szereg pytań związanych z twórczością pewnego wrocławskiego autora: „Czytałaś już najnowszego Krajewskiego?”, „Czytasz/ znasz Krajewskiego?”, „Co myślisz o książkach Krajewskiego?”, brzmiała zazwyczaj podobnie, przy czym, przy ostatnim pytaniu zmuszona byłam zmodyfikować odpowiedź z „Nie.” na „Nie znam”. Czytelnik winien wiedzieć, iż od dziewięciu bowiem lat pomieszkuję we Wrocławiu jako „słoik”; tutaj studiowałam, tutaj pracuję i tutaj mam znajomych oraz przyjaciół rozkochanych w kryminałach Krajewskiego, którzy kolekcjonują jego książki, mówią o nich, piszą na ich temat… a przede wszystkim czytają je z wielką pasją!

 Dlaczego i ja miałabym je czytać? Broniłam się. Przyszła jednak pora i na mnie, a wszystko za sprawą leżaka i gazety, której strony przewracałam lepkimi od potu dłońmi pobierając jednocześnie naturalny ekstrakt witaminy D, kiedy to natrafiłam na wywiad, kryminalny w skutkach rzekłabym :)

Dziś mogę o tym napisać; po kryminały autorstwa Marka Krajewskiego sięgnęłam nie ze względu na ich popularność i uznanie, a postać samego pisarza, bowiem tak dobrego i szczerego wywiadu nie czytałam od dawien dawna. „To musi być niezwykle interesujący człowiek”- pomyślałam, w tym samym czasie efekt aureoli przeniósł przymiotnik z nad osoby pisarza na jego dzieła, i tak sięgnęłam po „Dżumę w Breslau” (tak wiem, zachwiałam kolejność… symetria i powtarzalność nie jest mi jednak tak bliska jak Panu Romualdowi Zaleskiemu z „Foto Tęczy”) i wpadłam jak śliwka w kompot!

kryminał

Marek Krajewski- „Dżuma w Breslau” & „Władca liczb”

 

Lato 2015, upalny sierpień podczas którego padają same rekordy temperatur- 38,9! Jak żyć? Tylko na tarasie wieczorną porą w towarzystwie kryminału, lampki schłodzonego wina i dobrego kryminału. Kryminału, którego akcja rozgrywa się w mieście tak bliskim i odległym w czasie jednocześnie. 1923, 1956 i 2015 dnia dzisiejszego. Nie będę rozpisywać się nad fabułą, pewnie większości z Was jest ona doskonale znana- przyznaję, iż w tej kwestii jestem znacznie opóźniona; muszę jednak wyrazić swój zachwyt dla postaci Eberharda Mocka, choć i Pan Popławski ma w sobie coś intrygującego… ta druga postać o dziwo ma kilka cech wspólnych z samych autorem… Nie sądzicie?:)

Z doświadczenia mola książkowego wiem, iż kryminalne fabuły nie różnią się od siebie w dużej mierze;  w tym gatunku karty rozdawane są przez szczegóły, sentyment wyzierający z tła rozgrywających się wydarzeń, główne postaci oraz styl pisania. Ja osobiście uwielbiam czytać prozę wykształconych ludzi… i nie mówię tu o klasycznym Magister of Art… you know :)

Skwarne lato 2015

Skwarne lato 2015

Język polski jest piękny; im prostszy i przystępniej podany, zachwyca jeszcze bardziej zwłaszcza, gdy przeplatają go pewne łacińskie zwroty… człowiek się uczy, za to kocham książki!

 

W kolejnej odsłonie.. Wojciech Kuczok i jego wytwory artystyczne. Śledźcie mnie na spryciara.crazylife.pl

 

Pozdrowienia,

Spryciara

„What did you do last night?
Oh, I was out so late, now I’m so tired”

-„Party girl” Chinawoman

 Impreza, światła, taniec, dudniąca w uszach muzyka. Kobiety, mężczyźni- półnagie ciała tych pierwszych wijące się przy metalowej rurze, obejmujące tych, którzy leją już szampana i tych, którzy obiecali kupić jedną butelkę przy barze. Ot zwykła wymiana, przez niektórych uznana za „uczciwą”; seks za pieniądze, towarzystwo za drinka, uśmiech za obietnicę zarobku… KLUB NOCNY  zaś po środku przy barze, tyłem do sali, obojętna na dzisiejszy taneczny repertuar siedzi ONA, sponiewierana lecz wciąż niestrudzona kobieta o anielskim imieniu i twarzy baby jagi- Angelique vel PARTY GIRL.

„I can dance, I can drink
In the dark
It’s all a trick

Across the room, across the street
I’m in the moment
Can’t you see

I’m a party girl”

-„Party girl” Chinawoman

 

„Party girl” to najnowsze dzieło francuskiego trio reżyserskiego, który w połowie maja wkroczył na ekrany polskich kin; film oparty jest częściowo na faktach, zaś główne postaci oddają zdolni naturszczykowie… powstaje niesamowity klimat czarnej i dramatycznej baśni.

Samuell Theis odwołując się do postaci swojej matki opowiada historię o ludzkiej niedojrzałości tak bliskiej mu osoby. Obraz faktycznie wypełniony jest tematyką zwichniętego macierzyństwa i kulawych  związków międzyludzkich. Dla mnie jest to opowieść o kobiecie, która zajmuje silną zcentralizowaną pozycję, nieustannie skupiając na sobie uwagę bliskich, widza i swoją, poza nią samą i jej pragnieniami, życie zdaję się przykrywać mgła, bez względu na to czy jest ono takie, jakiego chciała, czy też nie…

Angelique pewnego dnia zdaję się tęsknić za kimś, może to zakochanie? Może czas na zmiany?- zwłaszcza, iż  „ten” mężczyzna jest „dobrym człowiekiem”, szaleje za nią i nie przeszkadza mu jej klubowe pochodzenie.

Mimo swojej fascynacji samą sobą, w głowie 60 latki  zdaje się jej kołatać szereg myśli; ciało już nie te, praca ciężka, a emerytury nie będzie… może czas naprawić relacje z dziećmi, może on jej w tym pomoże, a może ją wyręczy, może będzie dobrze i wygodnie… Klamka zapadła, będzie ślub! Za to seks, jak na prawdziwą pannę z nocnego klubu przystało, dopiero po ślubie, o ile w ogóle.. ten mężczyzna mimo swej dobroci, bez pieniędzy w dłoni i statusu klienta wcale nie podnieca… Ot, książę… lecz bajka musi trwać, machina poszła w ruch, oczekiwania innych rosną… Tylko w oczach Angelique gra zwątpienie i zgasły blask… Gonić marzenia, bawić się i śmiać… a żyć, jak każdy to już nuuuuuda. Po raz kolejny nadchodzi czas, by rzucić wszystko i pójść w tango, przecież krótkowzroczne hedonistyczne szczęście i odrobina uwagi zrekompensują życiowe niedostatki.

„I’m a party girl
Do a twirl
See my eyes, throw a glance
Can’t you see I’m a natural

Life of a party girl, funny girl
Make you laugh want me bad
Now I feel so much better.”

-„Party girl” Chinawoman

PRETY GIRL

Opowiadając historię swojej matki, Theis nieświadomie przedstawił skrajną postać charakteru histrionicznego; kobiety naznaczonej dualizmem, oddzielającej uczucia od cielesności i seksu, nudne życie codzienne od zabawy. Wreszcie kobiety wyczekującej księcia z bajki i tęskniącej za miłością, jednocześnie kastrującej mężczyzn „nie kocham cię, nigdy nie kochałam”, raniącej dotkliwie. Kobiety barwnej, miłej i sympatycznej, stale poszukującej uwagi, aprobaty i zabawy o tęsknym wzroku i szerokim uśmiechu… „Party girl, pretty girl…”.

Smutny i piękny film zarazem, pokazujący czułość i troskę otoczenia oraz trud życia u boku kobiety, matki, przyjaciółki prezentującej wyżej wspomniany rys charakterologiczny. Kobiety, która pomimo upływu lat wciąż pozostaje niedojrzała, niespokojna, pełna kaprysów i przekonań na własny temat, kobiety której postać niekiedy śmieszy, a niekiedy budzi współczucie…

 

Spryciara

 

 

Matką być, czy też nie? – Oto jest pytanie.. Ważne by móc je sobie zadać, zaś potem udzielić odpowiedzi zgodnej z samą sobą, swoimi planami i wizjami … a następnie żyć w roli, którą same sobie napiszemy, nie zaś tej narzuconej odgórnie przez społeczeństwo. Chcesz być matką bądź, nie chcesz to nie bądź… Nie ma nic gorszego niż bycie niekochanym i niechcianym dzieckiem- miej to w pamięci podejmując decyzję…

CZARNE MLEKO

Po kolejną książkę Elif Safak sięgnęłam zauroczona prozą, jaką popisała się autorka przy „Pałacyku Cukiereczek”, tym razem padło na polecone przez znajomą „Czarne mleko”, które już na początku  uznałam za lekturę wysoce nietrafioną, bynajmniej dla mnie. Wraz z kolejnymi stronami, było jednak coraz lepiej i choć książka z pewnością nie znajdzie się w zbiorze okraszonym nazwą „ulubione”, postanowiłam ją Państwu przedstawić. Dlaczego? Otóż, dręczące autorkę dylematy życiowe, mogą być tożsame z dylematami nie jednej kobiety; bez względu na kulturę, granice geograficzne, czy tez status społeczny, MACIERZYŃSTWO to temat, z którym każda kobieta w jakimś stopniu się mierzy.

„Czarne mleko” to zbiór myśli, refleksji, wspomnień gnieżdżących się w umyśle pisarki, które postanowiła przelać na papier w trudnym dla niej okresie, winnym być dla niej bardzo radosnym. Książka powstała,  kiedy to dotknięta depresją poporodową Safak stawiała pierwsze kroki w pełnieniu nowej dla niej samej roli, roli matki.  Jest ona próbą uporządkowania zdarzeń, zorganizowania przeszłości i teraźniejszości, nadania im struktury, aby skutecznie wesprzeć przyszłość pisarki, nadać jej utracony sens.

CAM03099Elif Safak zaprasza Czytelnika do podziemia swojej duszy, przedstawiając  swój wewnętrzny harem kobiet, z których każda choć zgoła inna, stanowi cząstkę samej Safak. Przyznam uczciwie, iż ta część najbardziej mnie irytowała; dysputy pomiędzy „Mamcią Puding Ryżowy”, a „Panną Intelektualistką” doprowadzały mnie do absurdalnej furii, zmuszając poniekąd do uruchomienia klawisza „skip”. Jakoś jednak przebrnęłam, pokusiłam się nawet o tezę, iż małe Calineczki symbolizować miały wielość ról, jakie pełnią kobiety, zaś konflikty pomiędzy małymi paniami to nic innego, jak kobiece konflikty wewnętrzne: „Kariera, czy oddanie mężowi? Cynizm, czy empatia? Dzieci, czy rozwój zawodowy?”…

Uważam jednak, iż taki wewnętrzny harem jest niezdrowy, odciąga myśli od rzeczy istotnych i ważnych, dysputy i wciąż rozwiązywane dylematy są dobre, o ile prowadzą do rozwiązań, nie zaś permamentnej stagnacji, objawiającej się stanem „rozważania”. W pewnym momencie lektury chciałam krzyknąć do samej pisarki „Nie myśl tyle, działaj! Przegapisz swoje życie!”.

Przyszła pora na pochwały i podziękowania, dotyczą one pomysłu na wprowadzenie do fabuły (bądź co bądź w głównym nurcie dość nudnej) znanych, aczkolwiek może częściowo zapomnianych postaci kobiet piszących, walczących, mówiących w swoim imieniu i przełamujących pewne konwenanse…Pisarek przez wielkie „P”.  Muszę przyznać, że ich historie były dla mnie bardzo inspirujące, obudziły też dumę płynącą z przynależności do płci pięknej ciałem i umysłem, o duszy zapomnijmyJ

Notka bibliograficzna:

Elif Safak- turecka pisarka urodzona we Francji, obecnie zamieszkała w Stambule i Londynie. Wielokrotnie nagradzana, uznana na świecie. Artystka płodna i inspirująca, której udało połączyć się macierzyństwo z pisarstwem. Turecka feministka, nie do końca jednak sfeminizowana… koniec końców, to ona zajmowała się niemowlęciem, mimo depresji pisarki, jej mąż nie zajął się zmianą pieluch… a niania;-)

„Nigdy nie będziesz tak dobrą matką jak byś chciała”

-Jodi Picoult


Drodzy Czytelnicy, które książki Elif Safak polecacie?

Pozdrowienia,

Spryciara

„Pan szary i jego przywary” tym razem na ekranie.
Czy było warto? Nie, ale jeśli już obejrzałam, to napiszę słów kilka.

Przyznam, iż film „50 twarzy Grey’a” rozczarował mnie wysoce, co stanowi nie lada wyczyn- jak może bowiem rozczarować coś, co z góry skazane jest na porażkę- wiem co mówię, przeczytałam książkę! O filmie jednak pisząc;  o ile Dakota Johnson doskonale wcieliła się w postać dziewiczej idiotki- Panny Steel, o tyle skomplikowany Pan Grey, a w jego roli Jamie Dornan … okazał się być stanowczo za mało zimny, tajemniczy i magnetyzujący, ot miły przystojniak… nie o to przecież chodziło…

IMG_3343

Chciałabym napisać jedynie o filmie, niestety trudno mi  nie odnieść się do powieści L. James; miał być romans z sado maso, miało być ciekawie i zaskakująco… koniec końców  było jak na półce z harlekinami w miejskiej bibliotece, przy której to półce moja matka nigdy nie chciała przystanąć ani na moment.  Ja jednak odrobiłam lekcję za nią, bowiem już jako 11 letnia dziewczynka wykradając trzy różowe książeczki sąsiadce babci, zatopiłam się w ich lekturze…po drugiej „książce” miałam już dość, zawsze bowiem to samo, u Geya też to samo. Ona- jest niepoprawną romantyczką, dziewicą i brak jej pewności siebie, dlatego też nie wygląda jak trzeba, On-jest przystojny, bogaty, władczy, otoczony tabunem  kobiet, ale oczywiście zakochuje się w szarej myszce…

Jaki jest przekaz: „Kobieto nie rób nic,  siedź w domu przed TV, wcinaj batony, zapomnij o depilacji, a lada dzień zjawi się twój książę, dotknie cię zaledwie raz, a Ty już będziesz szczytować! Zajmie się Twoim wyglądem, antykoncepcją, wykształceniem i karierą… nie będziesz musiała robić nic, tylko zgrywać zagubioną duszyczkę”. Cóż, współczuję wszystkim facetom, którzy trafią na kobietę z takimi oczekiwaniami.. Co im zrobiłaś Pani James, jak mogłaś?

 

Tyle na temat dygresji, jak zwykle przydługiej, do ekranizacji powróciwszy przyznać muszę, iż za dobry marketing może czasem źle wpłynąć na odbiór filmu. Otóż, spodziewałam się czegoś więcej…mowa nie o głębszym przekazie, ale scenach seksu, o których tak głośno było.. Podobno aktorka odniosła poważne kontuzje w czasie kręcenia pewnych scen, nagość zaś otaczała aktorów i ekipę filmową z każdej strony… No nie! Kto widział „Życie Adeli”, czy też „Nimfomankę” ten wie, co to znaczy oglądać życie seksualne bohaterów na ekranie… w dodatku bardziej przypominające rzeczywistość niż mrzonki, które de facto skomplikowane nie są, a klasyczne po prostu.. Który „Pan i Władca”, na co dzień praktykujący, identyfikuję się z Greyem?!

Chyba żaden, ale z pewnością większość Pań chciałoby znaleźć się na miejscu Anastazji, polatałaby z chęcią helikopterem, dostała maca i autko, wreszcie coś by się działo, facet wreszcie by się postarał, nie trzeba by było podawać piwa i obiadu gotować…Ot marzenia, dla tych marzeń niektórzy chodzą do kina. Ja też, tyle że moje marzenia są zgoła inne… co kobieta, to inna gama potrzeb…

 

PS. Nie mogę uwierzyć, że film ten grany jest w Kinie Nowe Horyzonty…bez komentarza

Bywajcie,

Spryciara

W Pałacu Cukiereczek, budynku mocno osadzonym w stambulskiej teraźniejszości, przeszłość starannie odbija swoje ślady, pozostawiając tu i ówdzie kolorowe papierki, te pachnące ładnie oraz te zupełnie brzydko. Kamienica ta zwana zgodnie z wolą właścicielki „Pałac Cukiereczek” mieści w sobie dziesięć lokali, z których każdy kryje myśli, uczucia a nawet tajemnice swoich właścicieli tudzież najemców. Te porozrzucane w pojęciach emigracji, śmierci, kompulsji, zdrad, braku pieniędzy, marzeń i nadziei puzzle składają się w piękną i skomplikowaną strukturę w barwie, hałasie, smakach, zapachach i różnorodności podobnej do pchlego targu, na którym jest wszystko razem i nic z osobna..

Kto jednak nie lubi pchlich targów i skomplikowanych na wielu płaszczyznach ludzkich historii? Ba! Ja uwielbiam!

Pchli Pałac

 

Turecka literatura zagościła na moim regale za sprawą Orhana Pamuka, jednak „Biały zamek”, choć zacny i godny uwagi, nie skradł mojej czytelniczej sympatii tak bardzo, jak nieco prostsza w odbiorze i cieplejsza w zrozumieniu dla ludzkich losów proza Elif Safak, tureckiej pisarki, uznanej na świcie i okrzykniętej godną następczynią wielkiego Pamuka.

 „PCHLI PAŁAC”, będący jedną z pierwszych prac tej autorki, zabiera Czytelnika do Stambułu, chytrze przenosząc go w czasie prawdą i kłamstwem naznaczonym.

 

„Pałac Cukiereczek” zdają się zamieszkiwać dziwne jednostki, można pokusić się o stwierdzenie, iż mieszkają tam głównie pomyleńcy, dziwacy i fanatycy. Co ciekawe, noszą godnie swoje piętno, czy to dlatego, iż ich dom znajduje się w miejscu ruin dwóch cmentarzy, zupełnie bliskich, aczkolwiek krwiście wrogich sobie religijnych grup wyznaniowych: Ormian i Muzułmanów?- trudno stwierdzić. Jedno jest pewne, same postaci, ich cechy i motywy zachować dziwią, bawią, a nawet wzruszają.

Do moich ulubionych bohaterek zaliczyć można małą, rezolutną Su, której przyszło żyć w sterylnym domu, zawładniętym przez szurniętą, owładniętą potrzebą czystości matką oraz Madame Babcię. O tej drugiej nie mogę napisać zbyt wiele, ale tylko po to, by Czytelnik nie stracił radości odkrywania pewnych tajemnic, zaś mała Su bawiła mnie swoją rezolutnością i przebiegłością- podobnie jak woda, której imię jej nadano,  dopasowywała się do koryta, w którym przyszło jej płynąć…

cakeKsiążkę polecam wszystkim Czytelnikom, których potrzeba poznania i przygody  nigdy nie zanika. Elif Safak zabrała mnie bowiem w ponowną podróż do Turcji i choć twardo odżegnywałam się od kolejnych wizyt w tym kraju, tę właśnie podróż określić mogę jako sympatyczną. Safak odświeżyła pozytywne wspomnienia i pokazała znośną ilość tak niezrozumiałego dla nas ludzi z zachodu wschodniego szaleństwa. Turcja to kraj baśni, wierzeń, zaklęć i niezrozumiałego zachwytu dla zachodu, przy jednoczesnej negacji zasad, które tam panują.

Czy Turcja to kraj zamieszkały przez nieszczęśliwych ludzi, którzy ciągle za czymś tęsknią? Trudno stwierdzić, z pewnością jednak kilka takich osób zamieszkuje  „Pałac Cukiereczek”- pomimo słodkości, barw, smaków…smród tęsknoty wydobywający się z przeszłości zawartej w śmieciach, zabiera ich życiu wydźwięk szczęścia…

Dobrej lektury życzy Spryciara.

"Wystarczy być"Mówią, że „nie szata zdobi człowieka”, cóż w przypadku Losa- ogrodnika, który nie potrafił ani czytać, ani pisać, to właśnie dobre garnitury z lat 60 tych, zwróciły ku niemu oczy pięknych i wpływowych kobiet. No dobrze, może nie sam ubiór, lecz wyjątkowy sposób bycia Losa vel Rossa O’Grodnicka, sprawiał, że płci pięknej miękły na jego widok kolana, zaś mężczyznom wyostrzała się ciekawość-pierwotna chęć poznania.

Człowiek z czystą kartą, którego historia nie została spisana nawet ołówkiem na fiszce papieru, otrzymał od Kosińskiego rolę głównego bohatera w świecie absurdu, skrótów myślowych, automatyzmów oraz znanej w Ameryce i na świecie chęci bycia wyjątkowym i przebywania wśród takowych osób.

Los

Jak niewiele potrzeba nam wiedzieć o człowieku, by bezgranicznie się nim zachwycić… Los, sierota, przyjęta pod dach pewnego majętnego, aczkolwiek specyficznego człowieka, dorastał wśród roślin oraz bohaterów pochodzących z fascynującego świata kryjącego się tuż za ekranem telewizora. Los zastanawiał się niejednokrotnie, jakby to było gdyby mógł znaleźć się na ekranie, czy jego rozmiar zmieniłby się na stałe, czy tylko na czas trwania emisji danego programu… podobne pytania zadają dzieci, co jedynie przybliża poziom rozwoju intelektualnego, na którym znajduję się Los w chwili poznania. Co ciekawe, brak kompetencji społecznych, wiedzy oraz wykształcenia, nie przeszkadza mu w szybkiej i niespodziewanej karierze, na którą on sam wpływa w niewielkim, ażeby nie powiedzieć w żadnym stopniu…  To otoczenie kreuje, dopowiada, dopasowuje… czyniąc z niego wybitnego kochanka, znawcę świata gospodarki, polityki i finansów…Mimo, że Los mówi tylko o tym, na czym się zna, a więc o ogrodzie, inni ludzie przypisują mu wiedzę znacznie rozleglejszą… I choć jak sam przyznaje: „nie potrafię pisać”, „nie czytam gazet”, wybitnym specjalistom to nie przeszkadza: „kto dziś czyta gazety”! Bowiem kiedy oczywistość staję nazbyt oczywista, z uwagi na niezgodność ze schematem poznawczym owocuje absurdem w pełnej krasie!

„Wystarczy być” Jerzego Kosińskiego Czytelnikom na świecie znana jako „Being there” to majstersztyk godny uwagi, atencji, nagród i pochlebstw. Wszystkim tym, którzy podobnie jak Los wolą ekran, niż zgrabnie ułożone w wyrazy literki, polecam uwadze film Hala Ashhby’ego z doskonałą kreacją Petera Sellersa o OGRODNIKU właśnie ;)

Jerzy Kosiński

 

Pozdrawiam,

Spryciara

Więcej: Kosiński, J. (2011). Wystarczy być. Wydanie II. Opole: WZDZ- Drukarnia Lega.

Małżeńska intryga, intryga małżeńska tak druzgocąco zniweczona przez rozwód, widać ma się całkiem nieźle, świadczyć  o tym może historia Madeleine, uwieczniona lekkim i subtelnym piórem Jeffreya Eugenidesa.

Książka

Intryga małżeńska

Historia tej młodej kobiety zdaję się przekonywać, iż pomimo, że małżeństwo straciło na trwałości, to wciąż wzbudza silne emocje. Phi! Jakie znaczenie ma to kogo poślubi kobieta, jeśli może się z nim rozwieść, całe doświadczenie można anulować, by pójść do przodu w zupełnie innym kierunku u boku innego już mężczyzny; przekonywał główną bohaterkę jej profesor, promotor i mentor. Jednak Madeleine głucha na dogodności współczesnego życia społecznego, otumaniona barwą myśli „Rozważnej i romantycznej” namiętnie oddawała się miłosnym rozterkom po to tylko, by na koniec zupełnie pochopnie podjąć bezsensowną decyzję o zamążpójściu…Decyzja ta nie wywarła wpływu na całym jej życiu, a jedynie zatrząsnęła nią tuż na początku samodzielnej drogi, zwanej dorosłością. I dzięki bogu, bo jakież by miała ona życie z tym Leonardem!

„Intryga małżeńska” to splot historii trzech młodych osób, które butnie stają u progu dorosłości, i które nie do końca wiedzą, co mają z tym fantem zrobić. Czas uchwycony w powieści to dla nich okres prób i błędów, pierwszych decyzji, seksualnych uniesień i zobowiązań, to czas nauki i poznania- przede wszystkim samego siebie. Eugenides sprytnie i nie wprost uchwyca niedojrzałość dorosłych już ludzi, osób które nie tylko nie mają pomysłu na siebie, ale także nie wiedzą jacy są i czego oczekują, co lubią, a czego nie. Informacji tych zaczerpną w praktycznej życia tułaczce. Urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą współczesnych czasów, nie będą musieli zmagać się z konsekwencjami swoich złych wyborów przez całe życie, wszystko można cofnąć, anulować, zapomnieć.. można bowiem się rozwieść! Autor słusznie zauważa, iż jeśli mowa o ludzkim rozwoju, to okres moratorium znacząco się wydłużył, pomimo oficjalnych 21 lat i dyplomu w kieszeni, bohaterowie powieści wciąż uczą się latać…

miłość pomiędzy wierszami

Pomimo pozytywnej oceny samej książki, nie podpisałabym się pod recenzją Zuzanny Ziomeckiej, której fragment pozwolę sobie przytoczyć: „Eugenides przeprowadza na swoich bohaterach intelektualno- miłosny eksperyment. To, co się tu wydarzy, na pewno nie będzie proste…”.
Cóż, moim zdaniem to, co dzieję się na łamach powieści, to po prostu jeden z archetypów znany ludzkości, znany literaturze, znany sztuce… ten ostry, miłosny trójkąt wpisany jest w ludzkie perypetie, jak kąt ostry w geometrie. Najkrótsze ramię to oczywiście Mitchell, silny i interesujący, lecz nie dość genialny i fascynujący, by zetknąć się z pozostałą dwójką na równym szczytu poziomie. Wybiera mądrze i odchodzi; nie dość typowo przystojny, by za nim szaleć i na tyle dobry i czuły, a także inteligentny by chcieć go mieć blisko siebie… ilu takich chłopaków krąży wokół Was?

 

,)

Ameryka

#Obama #American Film Festiwal #wredny smok

 

Pozdrawiam,

Spryciara

Więcej: Eugenides, J. (2013). Intryga małżeńska. Kraków: Wydawnictwo Znak

Lala, Laleczka, Lalunia… Helena Bieniecka z nazwiska, kobieta silna, mądra i fascynująca z opowieści…

"Lala" J. Dehnel

„Lala” J. Dehnel

Skąd to wszystko wiem? Cóż, z powieści,  którą miałam okazję niedawno przeczytać. „Lala” autorstwa Jacka Dehnela zauroczyła mnie i przeniosła w odległe czasy, pogłaskała życiową pokorę i psikusem obudziła dawno uśpiony podziw dla kobiet, tych znanych i zupełnie mi obcych. Kobiet przewrotnych, urokliwych i silnych duchem, choć wątłych figurą. Matek, ciotek, babć i prababek, które mimo przeciwności losu i egoistycznych pobudek kurdupli zwanych „władcami”, żyły jak ta lala i życia uczyły innych…

„Lalę” czyta się z uwagą należną każdej ciekawej historii. Historii, którą choć można by przypisać nie jednej polskiej rodzinie, po przeczytaniu powieści Dehnela niezmiennie odtąd kojarzyć się będzie już tylko z jedną, wyjątkową i tak polsko krnąbrną rodziną. Ta wspomniana typowa polska krnąbrność to splot genów polskich, niemieckich i rosyjskich, które dają się bliżej poznać na przestrzeni życia uroczej wnuczki Pana Brokla- Heleny,  której wnuk słowami wybudował pomnik na jej właśnie cześć „Lala”  imię mu nadając.

Mimo niespójnej struktury i braku silnej linii narracji, która wpędza Czytelnika w odległe w czasie zakamarki tajemnic rodzinnych, tylko po to by za moment przywrócić go do teraźniejszości, „Lala” ma swój urok. Roztkliwia wspomnieniami, czułością ludzką i piękną polszczyzną. Dawno już nie czytałam książki, której autor w tak umiejętny sposób splatałby ze sobą słowa z języka codziennego z tymi zaczerpniętymi ze sztuki i nauki.

Wiele jest tu spraw, wiele wątków i bohaterów też wielu. Trudno to wszystko spamiętać, ale nie trzeba… najważniejsze i tak pojawia się na koniec. „Lala” pokazuje, że nieuchronnie nadchodzące pożegnanie zaprosić może do wspólnego przeżywania w teraźniejszości, przeszłości i poniekąd przyszłości… słowo zapisane posiada bowiem gen nieśmiertelności.

Przepis na pyszną zupę z Lisowa, czy słodką kawę za czasów okupacji przetrwa zatem kolejne lata..

Piękna polska jesień w towarzystwie „Lali” to doskonale dobrana kompozycja smaków, barw, kolorów, słów, znaczeń, metafor i opowieści. Przekonajcie się sami.

"Lala"

„Lala”

 

Spryciara

Dziś opowiem o książce, która jeden dzień cieszyła moje spragnione słów spisanych, więc wyrazów oczy, zaś znacznie dłużej zagościła w serca mego pamięci. „ Dwanaście słów” Jana Jakuba Kolskiego kusi i bawi słowem dosadnym, smutnym, ludzkim i krnąbrnym, bo przeistaczającym się w obraz. Widać taka dola reżysera, iż tworzy słowem obrazy, nawet na papierze ;-)

"Dwanaście słów"

„Dwanaście słów”

Do narracji wracając, artystycznego wyrazu i bohaterów… przyznać muszę, iż wielki problem sprawiłoby mi opisanie tej książki jedynie i aż w 12 słowach. Mimo to, 12 słów nie przypadkowo dobrane, pasuje jak ulał do dialogów głównych bohaterów. Nie mówić za dużo, by zbyt wiele nie zdradzić, by mieć ochotę na więcej, jednocześnie tak bardzo nie obnażając pragnienia miłości… miłości ludzkiej, której ani drewniany Jezus na krzyżu, Bóg, ani muzyka i idee nie są w stanie zaspokoić w sposób, jaki potrafi to zrobić drugi człowiek.

O tym właśnie jest ta książka; o ludzkim pragnieniu miłości, chęci jej okazywania i obdarzania nią, pragnieniu tak głupio tłumionym przez te wszystkie schematy, obrządki, wstyd i poczucie niższości, sprytnie maskowanej wyniosłością…

W tym kontekście „(…) chciało jej się ruchać.” nie razi tak bardzo, a jedynie dosadnie przedstawia ludzkość z całym jej inwentarzem. Czy to dobrze, czy źle? Nie o tym tu należy dyskutować. Książkę polecam, a Kolskiego podziwiam za zmysł obserwacyjny i przedstawienie historii nie gorzej od jednego uczonego psychologa, co to w ludzkich historiach siedzi po uszy. Struktura bohaterów, ich charakterów, schematów poznawczych, pragnień i zachowań… jest nieskromnie doskonała i trafiająca w sedno. Kto się bowiem kocha tak czule i tęskno jak nie narcystyczno oralni…

CAM02175

„Moją matką bądź tylko w lepszej, kobiety mej odsłonie.
Napraw to, co ona zepsuła.”

 

To moje… i aż 14 słów;)

Pozdrowienia śle

Spryciara

„Nie udało mi się zbudować satysfakcjonującego związku,
gdyż jak dotąd na mojej drodze stawali sami egoiści!”

Naprawdę? Wzierający w relacje interpersonalne egoizm, znacząco przechyla szalę relacji na stronę „Ja” i własnych potrzeb, przy absolutnej ignorancji potrzeb partnera, czy partnerki. Taka postawa, zdaniem wybitnego terapeuty par, nie jest sposobem na bliski, udany związek.

 

Książka/ Poradnik

Książka/ Poradnik

 

Miliony ludzi na całym świecie nieustannie spotyka na swojej drodze interesujące osoby, zakochuje się, przeżywa namiętne doświadczenia, kłóci się, rozchodzi, dobrze się bawi… Mimo to, odsetek zawieranych małżeństw wciąż spada, co gorsza wskaźnik rozwodów wzrasta ochoczo. Dlaczego ludzie coraz rzadziej decydują się na małżeństwo i coraz trudniej jest im wspomniany związek utrzymać? Odpowiedzi na to oraz wiele innych pytań poszukiwałam oddając się ciekawej lekturze noszącej wdzięczny i dobrze rokujący tytuł: „I żyli długo i szczęśliwie” autorstwa Willarda F. Harleya.

Związek związkowi nierówny, jednak przeczytawszy wyżej wspomnianą książkę, stwierdziłam, iż ludzie nie różnią się od siebie tak bardzo, jeśli chodzi o dynamikę miłosnych relacji. Mimo, iż pierwsze przeczytane strony obudziły we mnie bunt: „Skąd taka schematyczność w poglądach”, kolejne 200 stron wypełnione opisami przypadków, uwagami, wyjaśnieniami, a wreszcie poradami psychoterapeuty, przekonało mnie do większej części proponowanych rozwiązań, a co ważniejsze skłoniło do refleksji.

„I żyli długo i szczęśliwie” to dobry poradnik, który dedykowany jest małżeństwom z długim lub krótkim stażem. Mimo, iż Willard F. Harley bezpośrednio nie udziela odpowiedzi na pytania dotyczące współczesnych związków, takich jak: wolne związki, związki homoseksualne, czy poliamoryczne; to każdy może odnaleźć w treści książki coś dla siebie oraz dla swojej miłosnej relacji. Szczególnie cenne okazują się być ćwiczenia oraz testy, dzięki którym Czytelnicy samodzielnie nazywają i priorytetyzują swoje potrzeby, diagnozują problemy i wypracowują skuteczne strategie zaradcze.

Co więcej, autor dotyka też tematu zdrady; jego zdaniem sama zdrada jest jedynie objawem pewnego problemu, który występuje u danej pary. Błyskotliwie wyjaśnia przy tym, iż nowo powstały związek z kochankiem lub kochanką, okazuje się zaskakująco krótkotrwały, a z czasem wysoce rozczarowujący. Relacji takiej nie sprzyja bowiem ujawnienie, gdyż to właśnie czar tajemnicy sprawiał, iż relacja ta wydawała się tak wyjątkowa. Romanse na ogół są miłe, jednak głównie wtedy, gdy nie trzeba się z nich tłumaczyć zwłaszcza przed dziećmi, rodziną i przyjaciółmi.

recepta

Dzięki lekturze „ I żyli długo i szczęśliwie” skłonna jestem uznać, iż istnieje recepta na udany związek. Jaka? Otóż cytując Harleya, należy permanentnie podtrzymywać stan zakochania. Jak to zrobić? Wystarczy wykupić i zastosować lek o składzie: czułość, seks i rozmowa! Najlepiej w dawkach 3* 15 godzin tygodniowo. Od czego bowiem zaczynają się najgorętsze romanse, jak nie od rozmów intymnych właśnie. Ludzie są ze sobą szczęśliwi, gdy czują się wyjątkowo oraz gdy ich potrzeby są zaspokajane. Znana w psychologii reguła wzajemności, wydaję się tu odnajdywać wspaniale.

 

 

Książkę polecam wszystkim parom, które chcą przez wiele lat tworzyć satysfakcjonującą dla obu stron relację, a także wszystkim tym, którzy planują pracę z małżeństwami właśnie.

 Pozdrawiam,

Spryciara

Dziś jest ten dzień, kiedy zza rogu wyziera istota zupełnie taka jak Ty. Te same oczy, budowa ciała, głos a nawet blizny znajdujące się w tych samych miejscach. Twoje inne oblicze jestestwa, nie podlegające tym samym nakazom, zakazom i obowiązkom, które tak ściśle przywarły  do Ciebie…

Kto by to był? Ktoś szalony, nieprzewidywalny? Kobieciarz, czy lubujący się w męskich pośladkach mężczyzna? Miłośnik książek, czy szybkich motorów? Jaki rys Drogi Czytelniku miałoby Twoje Alter Ego?

Podwojenie

W filmie „Wróg” postać głównego bohatera- Adama Bella, doskonale oddana przez Jacka Gyllenhaalowa,  stanowi centrum pajęczyny absurdu, jaka unosi się nad depresyjnym Toronto. Miłosne i seksualne ekscytacje, tęsknota za wolnością i szaleństwem, chęć ucieczki i nieustanne dialogi wewnętrzne… Czy wciąż mowa o dwóch postaciach, czy o jednej? Czy to zapomniany brat bliźniak, sobowtór… a może obraz choroby psychicznej?

Główny bohater płynnie rozdziela się na dwie postaci, zaś widz skrupulatnie próbuje te dwa wizerunki połączyć… Jeden z nich jest wrogi, drugi nudny i przewidywalny, obarczony lękami. Szloch towarzyszący spotkaniu dwóch zdawać by się mogło odrębnych, lecz zupełnie identycznych  postaci, jest wyrazem owego lęku przed utratą tożsamości.

„Koniec końców wszyscy wrogowie wywodzą się z jednej pary rąk”.

Czy przedstawiony obraz jest jedynie zupełnie niegodnym reżyserowi „pustym stylistycznym ćwiczeniem”; pozostawiam indywidualnej ocenie widza. Trudno się wypowiedzieć na temat sedna filmu, nie przeczytawszy uprzednio książki autorstwa Josego Saramago „Podwojenie”, w której to autor śmiało próbuje dowieść, iż istnieniu dwóch zupełnie takich samych osób przyświeca matematyka, nie zaś filozofia. (Lektura na wrzesień!,))

„Wróg” niektórych nudzi, innych bawi, jeszcze innych doprowadza do furii: „ O co chodzi?”. Ponury nastrój, budująca napięcie muzyka godna najstraszliwszych scen, wolno przesuwająca się kamera, przesadne skupienie się na detalach, które niewiele wnoszą do zagadki, przy jednoczesnym ignorowaniu kluczowych dla niej elementów. Mozaika wielości, tajemnicy i absurdu!

 

Wielość symboli nieśmiało wyłaniających zza maski absurdu, intryguje i wciąga w rozgrywkę… film pozostaje w głowie widza na długo po projekcji, zaś pozornie niepasujące elementy zaczynają się układać w subiektywnie różne całości, będące doskonałym przyczynkiem do żywych dysput przy piwie.

 

Czy zobaczyła jak podnosi telefon?           Klucz?

Kto tak naprawdę lubi borówki?

Czy to on, czy już oni?            Pająk?

 

Informacje o filmie:  
http://www.filmweb.pl/film/Wr%C3%B3g-2013-651383#

Do kina, marsz!!!,)

 

Serdeczności,

Spryciara;)

Made by Florian Habitch, Wielka Brytania 2014, 90’

„I said let’s all meet up in the year 2000.
Won’t it be strange when we’re all fully grown”.

Pulp: film o życiu, śmierci i supermarketach

 

„Pulp: film o życiu, śmierci i supermarketach” to obraz, który powinien zobaczyć każdy, kto jest zwykłym człowiekiem, chętnie się bawi i kocha, jest też wrażliwy, a przede wszystkim lubi dobre, muzyczne teksty i ekscentryczne postaci.

 

W jednej z pierwszych scen, widz zaobserwować może żywe zainteresowanie wśród pracowników supermarketu w związku z plotką, iż słynny Jarvis Cocker, wokalista i założyciel grupy Pulp, pracował niegdyś na dziale rybnym!

„Tak, i nie był to dobry pomysł”- przyznaje sam Cocker, zapach ryb skutecznie odstraszał dziewczyny na prywatkach, zaś wspomniana atencja dziewczyn była dla Jarvisa niezwykle istotna, między innymi dlatego też założył zespół rokowy, co zmieniło wiele w jego życiu. Odtąd nie musiał już walczyć ze swoją nieśmiałością, by podejść do wybranki serca, bowiem płeć piękna lgnęła do niego niczym muchy do miodu; zwłaszcza gdy zaśpiewał „This is hardcore”, w pełni oddając się scenicznej kreacji.

 

„You are hardcore, you make me hard.
You name the drama and I’ll play the part.

(…)

Then that goes in there. & then it’s over. Oh, what a hell of a show
but what I want to know:
what exactly do you do for an encore? ‚Cos this is Hardcore”.

 

Siłą zespołu Pulp są słowa, którym nie przeszkadza muzyka, a które nakręcają samego Jarvisa, przenosząc go tym samym w świat jego fantazji; zaś widzom pozwalają bezkarnie podglądać jego kocie ruchy w tak intymnie ekshibicjonistycznym występie, jaki daje w rodzinnym Sheffield. Energia wokalisty udziela się widowni, która nuci wszystkie piosenki, krzyczy, bawi się, oddaję się przeżyciom. Drogą dygresji, wracając do Sheffied, dodać należy, iż utwór „Common people” zna każdy mieszkaniec tego niewielkiego miasteczka, zaś o samym Jarvisie marzą kobiety; i te dojrzałe i te wciąż dorastające, dumnie nosząc jego imię na koszulkach i bieliźnie.

 

„I want to live like common people

I want to do whatever common people do

I want to sleep with common people like you

(…)
You’ll never live like common people
You’ll never do what common people do
You’ll never fail like common people”

 

Niniejszy film to nie tylko dokument muzyczny, to świetna fabuła splatająca ludzkie wątki, łącząca tajemniczą nicią idolów i fanów, wibrująca w rytm muzyki i epatująca wszech owładającym podekscytowaniem. Jest to film momentami zabawny, momentami poruszający, ale zawsze prawdziwy. Takie są bowiem teksty Pulp, tacy są członkowie tego bandu.

Nikt tak jak Jarvis Cocker nie umie pisać o seksie, miłości i życiu. Tym właśnie zyskał szacunek i uznanie fanów na całym świecie. Teksty Pulp silnie naznaczają pochodzenie członków zespołu, wykazują zrozumienie dla ludzkich spraw, są realne i ponadczasowe, zaś sam zespół mało gwiazdorski. Chwila jaką spędził na półce POP, pozwoliła uświadomić mu, iż wartości POP są zgoła inne, niż te które sam wyznaje.

 

 

Po projekcji filmu, jaka miała miejsce na festiwalu filmowym we Wrocławiu: T-Mobiel Nowe Horyzonty, zespół Pulp zyskał nie jednego nowego fana lub fankę, która gotowa jest dumnie prezentować nazwę zespołu oraz imię jego wokalisty na pośladkach, czy też piersi.

 Jarvis- this is hardcore!

 

Trailer: http://www.youtube.com/watch?v=Bp9a8aJ41_U

 

Pozdrowienia,

Spryciara

 

 

„Smak miodu”

1
IMG_20140727_185421

książka

erotyczne spazmy,

myśli namiętne

mimo, że ze słownika skreślone

i z życia wyklęte

wciąż obecne

… na szczęście

 Są kultury, w których nie można mówić otwarcie o seksualności, potrzebie miłości, czy hedonizmie. Człowiek jest czysty, odziany w białe szaty i obmyty świeżą wodą, jego język jest pozbawiony wszelkich słów z seksem związanych, nie mówi się „uprawiałem seks”, „kochałam się”, tylko „spałem z nią”, bez względu na to, czy to tylko sen, czy aż spółkowanie.

„Gdy ci go wetknie, zalewaj się łzami i wypowiadaj nieprzyzwoite słowa- to zawsze wzmaga głębie przeżycia i siłę orgazmu”. Jego orgazmu. Takiej instrukcji czasem udziela matka, wychodzącej za mąż arabce. Podobnego typu przekonania, które śmiało można zatytułować „szczęśliwy i spełniony mężczyzna-instrukcja obsługi”, dbają o męskie rozkosze, potęgując anorgazmie i pochwice u kobiet. Udawany orgazm zmywa bowiem chęć przeżycia tego prawdziwego dość skutecznie. Salwa an-Nu’jami autorka książki „Smak miodu”, zdająca sobie sprawę z braku świadomości i edukacji arabów w dziedzinie seksuologii, gorzko zauważa, iż pozorna wstrzemięźliwość, cenzura i o zgrozo, bolesna niewiedza w obszarze ludzkiej seksualności, ” (…) to norma w czasach seksualnego upadku, jaki moja kultura teraz przeżywa”.

„Smak miodu”, to delikatny erotyk, będący kobiecym manifestem: tak jesteśmy, tak kochamy się, tak lubimy przeżywać orgazmy i chcemy się uczyć, poznawać, smakować życie nie tylko to duchowe, ale i cielesne, chcemy to robić bez zakazów, poczucia winy, czy wstydu. W kontekście tego, co wiemy na temat kultury arabskiej, która po 11 września daleka jest od historii opisanych w baśniach z 1001 nocy, jest to manifest niezwykle odważny. Za tę odwagę i poznawczy głód, winno się zatem docenić autorkę, bowiem dzięki takiej postawie, coś może sie zmienić na lepsze.

Bohaterka powieści jest kobietą świadomą zarówno zakazów i hipokryzji, jak i własnej seksualności, którą z radością poznaje i przeżywa. Jest sama dla siebie wartością, a swojego życia nie podporządkowuje normom, do których przestrzegania nakłania społeczeństwo. Jej spotkania, przyjaźnie, seksualne relacje, czy przytoczone rozmowy, odkrywają prawdziwą naturę arabskich kobiet, które mimo nakazów, zakazów i uciśnień, czasem myślą o sobie i swojej przyjemności, nie mając do końca odwagi by powiedzieć, to co czują głośno… Przyjdzie jednak i na to pora.

 

„Tego bardziej kocham, kto więcej mnie nauczy”.

” Jesteś piękna, mówił (…). Nie jestem piękna, po prostu żyję”

 miłość w słowa ubrana

„Poszukiwanie błony dziewiczej w świecie arabskim jest teraz niczym szukanie igły w stogu siana,
a oczekiwanie na wzrost świadomości i kultury seksualnej arabskich dziewcząt to czekanie na Godota”.

Wydaję się iż, niniejsza książka ma szansę obudzić świadomość seksualną arabskich kobiet, by czekanie stało się działaniem, a wiedza zawładnęła umysły. Najbardziej seksualnym narządem, jaki posiada człowiek jest mózg, od niego wszystko się zaczyna...„Oprócz miłości najcudowniejsze jest mówienie o niej” -Loise Labe.

 Dla zainteresowanych: Salwa an-Nu’jami, „Smak miodu”, Grupa Wydawnicza Foksal, MMIX, wydanie II. Warszawa.

Autor: Spryciara

książka/ poradnik

Bądź najlepszą wersją siebie

Wzajemna komunikacja często utrudnia proces porozumiewania się, a to za sprawą stosowania niewłaściwych komunikatów, trudności w aktywnym słuchaniu, czy tłumieniu konfliktów. Jest to istotne, zważywszy na to, iż jakość komunikacji wpływa nie tylko na relacje międzyludzkie, ale także nasze samopoczucie oraz deklarowany poziom szczęścia. To, w jaki sposób się komunikujemy, poniekąd wpływa na to, jacy jesteśmy…

Ludzie szczęśliwi i radośni odznaczają się wysokim poziomem tolerancji i otwartości, są cenieni jako rozmówcy, doradcy, przyjaciele i pracownicy. Kluczem do wspomnianego stanu rzeczy okazuje się zadowalający poziom zaspokojenia ich wewnętrznych potrzeb. Zdaniem Lindy Adams, aby być traktowanym przez innych z uwagą i szacunkiem, wpierw trzeba wspomnianą uwagą obdarzyć samego siebie, po to by poznać swoje potrzeby i nauczyć się je skutecznie komunikować, nie odbierając przy tym godności i szacunku rozmówcom.

Poradnik „Bądź najlepszą wersją siebie” autorstwa Lindy Adams powstał na bazie popularnej metody Thomasa Gordona zajmującej się obszarem skutecznej komunikacji. Książka dedykowana jest wszystkim osobom niezależnie od płci, czy wykonywanego zawodu, komunikacja jest bowiem nieodłącznym elementem życia społecznego, wpływającym na jakość relacji, zadowolenie i radość z życia oraz efektywne rozwiązywanie konfliktów bez użycia przemocy.

Autorka książki wskazuje na cztery istotne rodzaje komunikatu typu Ja: deklaracyjny, adekwatny, zapobiegawczy i konfrontacyjny. Komunikat typu Ja jest o wiele bardziej efektywny, niż komunikat Ty: „Jesteś taki leniwy”, „Rządzisz się jak szara gęś”, którego konsekwencjami mogą być: brak odpowiedzialności za własne uczucia, wzbudzenie u innych oporu, który oddala od celu, poniżenie drugiej osoby, wzbudzenie chęci odwetu u rozmówcy, brak szacunku dla uczuć drugiego człowieka. Komunikat Ty warto więc zastąpić komunikatem Ja: „ Chciałbym wiedzieć, dlaczego nie wykonałeś tego zadania”, „ Naprawdę nie lubię osób, które narzucają innym swoje zdanie”.

Niniejsza książka stanowi skuteczne narzędzie poprawy komunikacji zarówno w rodzinie,w gronie przyjaciół jak i w pracy. Dzięki niej Czytelnik nauczy się jak efektywnie stosować komunikat typu Ja, rozwiązywać konflikty potrzeb i wartości, dowie się także jak skutecznie planować działania.

Poradnik napisany jest w sposób przejrzysty, zaś przywołane przez autorkę liczne przykłady z życia uczestników warsztatów dotyczących komunikacji, przybliżają problem i ewaluacje jego rozwiązań, wspomagając proces nauki.

Komunikacja to nie tylko aktywne wyrażanie siebie i werbalizowanie swoich myśli, uczuć, czy potrzeb, to także słuchanie, nawet w sytuacjach trudnych, mających znamiona konfliktu. Gotowość zainteresowania się odczuciami i sprawami innych jest tym, co odróżnia osobę asertywną od agresywnej. Warto zatem wyrażać swoje myśli, uczucia, lęki, pozostawiając jednocześnie przestrzeń dla uczuć i myśli innych.

 

Gniew tłumiony może zatruć stosunki tak niezawodnie jak najokrutniejsze słowa”.

Joyce Brothers

Książka_zapach druku

 

 

Biało czarna mozaika podłogowa, spoglądające z ram okien pstrokate witraże, nieproszeni goście w postaci gołębi i kilku świętych porozrzucanych tu i ówdzie, a wśród nich nagi ON- współczesny człowiek przyszłości. I jakby paradoksu w nazewnictwie było mało, ów człowiek mimo dbałości o osiągnięcie doskonałości, daleki jest od ideału.
do color the...

Fabuła najnowszego filmu Terrego Gilliama osadzona jest skomputeryzowanej przyszłości miasta przypominającego Londyn, przyszłości, którą rządzą cyfry, równania, wynik i władza. Ten kolorowy świat pełen innowacyjnych rozwiązań, skupia miliony utalentowanych, inteligentnych, kolorowych i niezwykle indywidualistycznych ludzi. Ludzi, którzy świetnie się bawią w swoim towarzystwie, tańcząc do zupełnie różnej muzyki, którą aplikują sobie poprzez najnowsze słuchawki przenośnych urządzeń. Razem, a jednak osobno. W tym świecie nie trudno o informację, naukę, czy rozwój? To jest w 100% zapewnione. Trudno jednak o bliskość, relacje i własną tożsamość. W dobie czasów tak bardzo skoncentrowanych na „Ja”, niezwykle trudna okazuje się próba jego zdefiniowania. Piętrzą się zatem w głowach pytania: Kim jestem? Dokąd zmierzam? Kim chcę być?

Kto mi podpowie…
Kto odpowie…
Kto odpowiedź zna…
Ring, ring… waiting for a call!

Czas przedstawić Państwu Qohena Letha, którego postać oddał Christoph Waltz, człowieka genialnego i dziwnego jednocześnie, pracoholika i nieszczęśnika, którego świat staje na głowie za sprawą uroczej blondynki i uczuć. Nie martwcie się, nie będzie jednak tak oczywistego happy endu, blondynkę wygryzie bowiem LOC wewnętrzny, a więc wewnętrzne poczucie kontroli i sprawstwa… Ciekawi?
Wspomniany wcześniej Qohen to dość osobliwa postać. Niski, łysy i niezdarny, w dodatku wypowiadający się w liczbie mnogiej : „Na imię mi Qohen. Miło nam poznać”… Dziwak! Co ciekawe ten uroczy nawyk, który przylgnął do bohatera, stał się konsekwencją… wirtualnej wizyty u psychologa, który podpowiedział, iż bycie częścią większej całości, może uchronić człowieka przed samotnością. Jak można się jednak domyślić, owa porada została opacznie zrozumiana i zamiast współtowarzyszenia i współprzeżywania, pozostało jedynie samo, samotne „my” niestrudzenie czekające na telefon, który powie, jaki jest sens ichniego istnienia.
Film Terrego Gilliama sprytnie przeplata abstrakcje z ponadczasową mądrością na temat życia i egzystencji. Stanowi tym samym pewną prognozę, tego, co być może i nas czeka. Już dziś bowiem zaobserwować możemy ułamki zachowań, w które Gilliam wyposaża swoich bohaterów. Chaos informacyjny, potrzeba nowości, nieustanny rozwój, czy pościg za karierą zupełnie zmienia styl funkcjonowania poznawczego człowieka. Dobitnie ilustruje to wypowiedź Boba : „Nie chce być stary. Mam dopiero 15 lat, a już wszystko mnie nudzi”.
Zobrazowany styl funkcjonowania pracowników kolorowego komputerowego korpo obrazuje styl funkcjonowania osób narcystycznych, które zdeterminowane są, by osiągnąć sukces, być kimś wyjątkowym i wspaniałym. Ciężko pracują, zaniedbując relacje z innymi, dążą do efektów i je uzyskują, do funkcjonowania potrzebują jednak korporacji z całym pakietem: wytłuszczonymi drukiem wartościami, jej misją i wizją. Wszystko, by nazwać to, kim są: „Jestem managerem, jestem liderem projektu, moje wartości to innowacyjność i uczciwość… jestem też wyluzowany, bo mamy w firmie casual fridays. Wszystko to wiem, kiedy jestem w firmie, ale kiedy jestem sam … czasem nie wiem, kim tak naprawdę jestem i dokąd zmierzam”.
Ot, współczesny Narcyz uwięziony w korporacyjnej machinie sukcesu, nie własnego, lecz sukcesu właściciela danej firmy.
A w tle czarna dziura, czarnej dziury siła…

CAM00463

Kończąc tekst, będący skromną recenzją filmu, nie mogę odmówić sobie ukwiecenia go cytatem:
„W życiu, jak w przyrodzie wszystko dąży do równowagi. Zawsze musi być 1:1”.

Zwiastun filmu, enjoy the art,)

i coś dla ciekawskich, zgadnij któż to?

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=305887866107095&set=a.305885092774039.89437.100000576525608&type=3&src=https%3A%2F%2Fscontent-a-fra.xx.fbcdn.net%2Fhphotos-xfp1%2Ft31.0-8%2F336826_305887866107095_1911076322_o.jpg&smallsrc=https%3A%2F%2Fscontent-a-fra.xx.fbcdn.net%2Fhphotos-xaf1%2Ft1.0-9%2F392692_305887866107095_1911076322_n.jpg&size=682%2C1024

made by: http://www.miloszpoloch.com/

Serdeczności,
Spryciara,)

 

Mimo PKP-owego archaizmu, ludzie wciąż podróżują koleją. Nawet Ci, którzy zazwyczaj wożą swoje eleganckie cztery litery na wygodnych, usłanych miękką skórką w odcieniu bieli wygodnych fotelach samochodowych w równie drogich i komfortowych autach, czasem grzeszą i pięknie odzianą stopę stawiają na posadzce szczynami pachnącej, posadzce miejskiego dworca stacji PKP. To jedna ze skrajności wachlarza pasażerów, pośpiesznie przemierzających perony lub też oczekujących na pociąg. Drugą grupę stanowi mniej zasobne finansowo towarzystwo, są to bezdomni czasowo lub pernamentnie lub też „ciężko” pracujący stręczyciele, prostytutki i prostytuci, złodzieje, osoby, które uraczą Cie pogawędką: „Czeka Pan na pociąg? -Ja mam pociąg do Pani!”.

 

Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami zasiada grupa najliczniejsza, jednak najmniej w swej zwyczajności interesująca: studenci, ludzie młodzi i starzy, uczciwie pracujący, podróżujący koleją zawsze lub często. Niby zwyczajni ale także i oni mają swoje intrygujące sekrety, czy grzeszne pragnienia, które tylko czekają, aż skieruje się na nich soczewka światła po to, by w jego blasku mogły odstawić swoje własne show…

 

 

I ot znajdujesz się w poczekalni na dworcu PKP. Czekasz. Minuty rozciągają się w czasie i powolnie wracają do pierwotnej formy. Mógłbyś zrobić coś pożytecznego, przeczytać książkę lub gazetę, nawiązać jakąś znajomość…to miejsce nie bardzo jednak temu sprzyja, letarg. Patrzysz na ludzi z naprzeciwka, na ich szare twarze, rozbiegane na czole myśli i nerwowe ruchy stopą. Czekacie. Tyle że oni grają, a Ty oglądasz spektakl…

 

poczekaj w toalecie

 

Poczekalnie. O” spektakl Krystiana Lupy.

 

Spektakl długo wyczekiwany i na wyczekiwaniu bazujący. A przecież ludzie czekać nie lubią, tym razem też to pokazali, opuszczając spektakl już przed końcem pierwszej połowy. Ja jednak czekałam na to, co wyniknie z kolejnych etapów odkrywania zagadki o tytule znanym, lecz wciąż inspirującym- „Człowiek”. Doczekałam się. Reżyser zdarł maski aktorom, zabrał im kostiumy i cały ten blichtr. Mimo, że część z nich nie wiedziała, czy gra w szkolnym przedstawieniu, czy w spektaklu przez wielkie „S”, Lupie udało się pokazać samotność i egoizm współczesnego człowieka, osoby która każde zdanie zaczyna od „Ja” i która nie umie czerpać z wolności, stając się swoim własnym niewolnikiem.

 

Nie jestem zwolenniczką sztuki odartej z metafor, humanistycznego uniesienia, sztuki podłej, gdzie oglądam gołe fallusy w sytuacji porno-intymnej, zwyczajnej, bolącej prostotą. Nie lubię, gdy w teatrze krzyczą „kurwa”, taką sztukę prezentują aktorzy z mojego osiedla, codziennie odgrywając podobne przedstawienie na ławce pod trzepakiem. Pomimo wszystko, uważam jednak, iż warto pójść na „Poczekalnie.O.” Lupy, czasem bowiem trzeba zejść niżej, by zobaczyć więcej…

Hej ho,

Spryciara

 

 

Przyciemnione światła, błysk w oczach widowni, wreszcie zaczyna grać muzyka, tancerze wyskakują z za kulis, światła kierują się na środek sceny, na której Ty stoisz i śpiewasz! To Twój ulubiony HIT..od lat wykonujesz go przed lustrem podczas codziennej toalety. Pierwsze występy sięgają jednak okresu dziecięcego, kiedy stojąc na krześle machałeś nieporadnie głową i rozciągałeś usta w niemym krzyku gwiazdy disco,  a znajomi spod trzepaka wdzięcznie bili brawo.

Każdy może być gwiazdą rocka, czy gwiazdą disco..od czego jest fantazja i dubbingowe wygłupy! Przecież większość wykonawców, uznanych za gwiazdy, wyprodukowane hurtem z wytwórni muzycznych, robi karierę aktywnie korzystając z tego właśnie patentu!

„We will dub you”! Oh yeah…

W cudny nastrój wprawił mnie pantomimiczno- akrobatyczny występ zespołu AIRNADETTE, goszczącego na 35 Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Grupa aktorów o doskonałych zdolnościach tanecznych, swoim performance wprawiła widownie w euforyczny stan; był biały proszek, konfetti, cekiny, dzika panterka i bahranowe majtki! Takiej dawki humoru, dystansu i pozytywnego flow dawno nie widziałam na polskiej scenie. Szkoda, iż polscy artyści nie mają w sobie takiego procentu bezkompromisowości i odwagi. Cudownie było móc zobaczyć performance, który w zabawny sposób odarł kulturę POP-u z „sacrum” , obnażając  śmieszne i małe profanum. Intencja twórcy muzycznego hit-u traci moc sprawczą, utwór zaczyna żyć swoim życiem, pokazując swoje różne oblicza, staję się karykaturalny… „Śpiewać każdy może”, nawet ten, kto nie potrafi, od czego jest dubbing!?

Duży szacunek dla scenarzysty i reżysera, stworzona z dźwiękowych wycinków różnego-filmowego i muzycznego pochodzenia, fabuła była lekka spójna i absorbująca uwagę, oddała istotę rozrywki naszych czasów: disco, pop, rock, art-pop… nevermind! „We will dub you!”

Poznajcie zespół:
http://www.airnadette.com/
i rozglądajcie się za biletami na ich kolejny występ!

 

Spryciara

 

Niejednokrotnie natknęłam się na informacje, iż swingersi oburzają się gwałtowanie, gdy ich styl życia jest charakteryzowany w sposób pozbawiający zabarwienia emocjonalnego. Ba, uczuciowego. Dla laika, swinging oraz poliamoria nie różnią się zanadto, zakładają bowiem związek otwarty na polu uciech cielesnych. W swoich różnych wariantach poliamoria faktycznie czasem może przypominać swingerstwo, jednak filozofia od której się wywodzą oba zjawiska, jest zgoła inna.

Swinguj, ale kochaj tylko mnie

Poliamoria oparta na uczciwości i wolności zakłada, iż para otwierając swój związek na doznania seksualne z innymi osobami, otwiera również swoje serca na miłość. Co więcej poliamoria zakłada także możliwość zakochania się w innych osobach bez konieczności uprawiania z nimi miłości fizycznej. Swingerstwo z kolei bazuje na monogamii emocjonalnej, przy jednoczesnym przyzwoleniu na seks z wieloma partnerami. Rodząca się pomiędzy parami przyjaźń nie jest wykluczona, natomiast zawsze poprzedza ją seksualne zaspokojenie.

Więcej:

Anapol, D. (2013). Poliamoria. Miłość i intymność z wieloma partnerami i partnerkami. Warszawa: Czarna Owca.

Kam

 

Więcej żon, to więcej dzieci? Cóż, najnowsze badania wskazują na omylność tego przekonania. Poligamia nie sprzyja płodności kobiet, które dzielą zarówno harem, jak i męża.Bowiem z ewolucyjnego punktu widzenia jeden mąż nie zrealizuje potrzeb kobiet oraz ich potomstwa, mimo że tak zapewnia kultura.

Zachód lubi mono.

Czym jest monogamia? Według definicji jest to „stan, zasada lub zwyczaj pozostawania w związku małżeńskim tylko z jedną osobą”. Przytoczona definicja wskazuje na stan raczej prawny, aniżeli duchowy czy cielesny, nie ma więc mowy ani o zdradzie, ani o zazdrości. Monogamia nie gwarantuje też wierności, mimo to znaczna większość europejskiego społeczeństwa oraz społeczeństwa amerykańskiego, uważa iż związki monogamiczne są najbardziej optymalną formą relacji. W kontekście przytoczonych danych, trudno uwierzyć, że aż w 84% kulturach, poligamia oraz społeczne przyzwolenie na harem są powszechne. Odpowiednik poligamii, a więc poliandria nie jest już tak popularny, bowiem tylko 0,5 % wspólnot zezwala na posiadanie kilku mężów, co po raz kolejny wskazuje na nieuzasadnioną dominację pierwiastka męskiego w świecie.

Harem, komu, po co i dlaczego?

Popularność haremów tłumaczy się często potrzebą opieki nad kobietami, których jest więcej niż mężczyzn oraz zapewnieniem biologicznej nieśmiertelności poprzez posiadanie licznego potomstwa. Jak się jednak okazuję poligamia nie sprzyja płodności. Przeprowadzone badania dowiodły, iż kobiety pozostające w monogamicznych związkach były bardziej płodne, niż te ze związków poligamicznych. Wyjątek stanowiła jedynie pierwsza żona w haremie. Co prawda instytucja haremu doskonale sprawdza się w świecie zwierząt, na przykład koni czy goryli, dla świata ludzi monogamia, dziś seryjna monogamia, pozostaje naturalną formą reprodukcji.

monogamia

Podsumowując, poligamia stanowi wtórną i raczej oportunistyczną strategię reprodukcyjną, powstałą w wyniku zaspokojenia męskiej potrzeby władzy i dominacji, strategii, która zawodzi w obszarze, dla którego teoretycznie została powołana, a mimo to nadal funkcjonuje.

Więcej:

Anapol, D. (2013) Poliamoria. Miłość i intymność z wieloma partnerami i partnerkami. Warszawa: Czarna Owca.

Kam Pasek

Ciekawość moja nie zna granic, tym razem padło na relacje damsko- męskie. Uczciwie dodam, iż pierwiastek męski częściej mnie zajmuje, a to za sprawą zmienności w jego osobistym zbiorze kobiet, kobietek, dziewcząt, panienek…etc.
Kiedy pytam mężczyznę o kobietę: „Jak tam X-Panna?”, zdarza się, że zapytany delikwent odpowiada: „Nie przypominam jej sobie”, „To nic takiego”, „Co?”, „To nic poważnego” lub co gorsza „Weź przestań…”. Okay,rozumiem. Jednak przypominając sobie wpatrzone w owego delikwenta oczy X-Panny, tak zwane oczy cocker spaniela, śmiem sądzić, że ona na podobne pytanie odpowiedziałaby nieco inaczej… chociażby „Poznajemy się”, „Jest cudowny”albo „Zobaczymy”.
Opisana sytuacja zmusza do zadania kilku pytań:
1. Skąd dana dziewczyna ma wiedzieć, że w uznaniu faceta jest „tą na teraz”, „ było miło”, „nie, to nie ta”?
2. Czy kobiety szybciej angażują się w relacje, niż mężczyźni? Czy tylko grają?
3. Dlaczego oko cocker spaniela przylgnęło do płci pięknej?

Pytania niby głupie i pewnie nigdy bym ich nie zadała, gdyby nie wyniki badań, do których dotarłam dzisiejszego wieczoru.

Doctor Helen Fisher, autorka modelu dzielącego miłość na trzy rodzaje:pożądanie, miłość romantyczną i więź, przestrzega: „Nie kopulujcie z osobami, w których nie chcecie się zakochać!”
Dlaczego? Cóż, jak tłumaczy Fisher, testosteron odpowiedzialny za pożądanie, może uruchomić neuroprzekaźniki, które odpowiadają za miłość romantyczną. Co więcej, sam orgazm uwalnia oksytocynę, hormon odpowiedzialny za budowanie więzi… Pójdźmy dalej! Wazopresyna, inny hormon prężnie działający w obszarze więzi,  zwany jest „ monekułą monogamii” (Robi się niebezpiecznie…). Jednak jego działanie jest w większym stopniu uwarunkowane genetycznie, jak zauważył Hasse Walum, mężczyźni u których wazopresyna działała słabiej, gorzej sprawdzali się w roli mężów. (I oto cała filozofia; hormon, nie charakter czy brak odpowiedzialności;)).
Z kolei Maria Robinson, autorka „Peace between the sheets”, przekonuje, iż orgastyczna wstrzemięźliwość, może zapobiec jałowości i rutynie w związku. Zdaniem badaczki, powstrzymywanie się od uwalniających dopaminę orgazmów, które zostanie wzbogacone o  pieszczoty, np. głaskanie, wpływa pozytywnie na budowanie więzi oraz budowanie relacji odpornej na seksualne pokusy. Są to raczej spekulacje, jednak jeśli okażą się prawdziwe, pozwolą na wyjaśnienie innej zależności pomiędzy kobietami, orgazmem, a przywiązaniem. Otóż kobiety, które stosunkowo rzadko osiągają orgazm podczas seksualnego zbliżenia, bardziej się przywiązują do swojego partnera! Tymczasem mężczyźni osiągający orgazm w akcie miłosnym zawsze i bez problemów, z biegiem czasu mogą doświadczyć spadku intensywności pożądania wobec tej konkretnej partnerki.
Wnioski są następujące:
1. Dla dobra relacji kobiety i mężczyźni winni czasem powstrzymywać się od orgazmu.
(Chociaż szczerze wątpię, by frustracja mogła przerodzić się w chęć głaskania i przytulania… czego nie robi się w imię miłości:D)
2. Kobiety, nie osiągające orgazmów w czasie stosunku, dla równowagi powinny ów orgazm osiągnąć i kochać się bez syndromu cocker spaniela, zwłaszcza nieodwzajemnionego.
kiss

Oczywistym jest, że związki miłosne i relację międzyludzkie zależą od większej ilości złożonych czynników niż geny, hormony, czy neuroprzekaźniki. Głupotą byłoby jednak ignorować biochemię zwłaszcza, że tak wiele piszę się teraz o chemii miłości:)

Polecam: http://www.psychologia-spoleczna.pl/aktualnosci/1369-pachnaca-atrakcyjnosc.html

Wszystkim zainteresowanym orgazmami kobietkom polecam artykuł dla dorosłych: http://seksualniesensualnie.uchwycone-chwile.pl/2013/05/07/cwicz-swoj-orgazm-olimpiada-dla-napalonych-kobiet/

Kochankowie z Pont Neuf

0

 

Festiwal Nowe Horyzonty, już za nami, a mnie naszło na wspominki…

 

Jednym z filmów, jakie miałam przyjemność zobaczyć, był film Leosa Caraxa „Kochankowie z Pont Neuf”.

 

Carax, znany z oryginalnego przedstawiania na pozór prostych tematów, opowiedział losy kochanków w sposób bardzo przewidywalny. Zaznaczyć jednak należy, że film ten pochodzi z 1991 roku, a na przestrzeni ponad 20 lat, reżyser nie tylko dojrzał, ale też wypracował sobie charakterystyczny dla siebie styl. Nie mniej jednak, miło było cofnąć się w czasie, by poznać młodego, zapewne przepełnionego ideami reżysera oraz jego młodzieńczą perspektywę.

 

 

Obraz, który razi zapachem.

Było kilka takich momentów, podczas których moje myśli krążyły wokół decyzji o wyjściu z seansu. Bezdomność, alkoholizm oraz całokształt barwy paryskiego marginesu społecznego, został pokazany tak wiernie, intensywnie i szczegółowo, iż w kinie czuło się zapach „żulerni”. Moja niepodjęta koniec końców decyzja o wyjściu, wiązała się z obawą, że „nie dam rady”, że jest to za mocne, a nie z ogólnym stosunkiem do obrazu. Owe nie dam rady, to po prostu zmęczenie tematem bezdomności, marginalizacji, uprzedmiotowienia… oraz bezsilność człowieka, który mimo że ma kredki, to nie potrafi nic sensownego narysować.

 

 

Motyw oka.

 

Były też momenty, kiedy to zaciskałam powieki lub tępo patrzyłam na swoje kolana, wszystko przez wszechobecny motyw oka. Oko, moja pięta achillesowa, zawsze mnie osłabia. Nie będę się nad tym rozwodzić, gdyż być może nie dotrwam do końca akapitu. Jeśli jednak kogoś oko, jego choroby i metafory z nim związane, nie przeraża, to film zapewne bardzo mu się spodoba.

 

 

Miłość, która wzrusza, mnie napawa lękiem.

 

Wychodząc z kina zauważyłam kilka par, trwających w namiętnym uścisku, tudzież wymieniających pocałunki w sposób żarliwy i pełen ideologicznego charakteru względem zjawiska miłości właśnie. Cóż, film był o miłości, prawda. Może i był happy end. Dla mnie jednak ta historia miała tak zwany ciąg dalszy, któremu daleko będzie od happy endu. Zaborczość i zazdrość manifestująca się wcześniej podpalaniem, kłamaniem czy zepchnięciem do wody, powróci ze zdwojoną siłą bumerangu, przy każdej różnicy zdań. Ludzie się nie zmieniają, miłość też nie zmienia ludzi. Jest już o tym jakiś film?

 

 

Pozdrawiam,

 

Spryciara

 

 

 

Marcina Szczygielskiego poznałam bawiąc się w „Berka”. Zauroczona jego spojrzeniem na świat, nietuzinkowym dowcipem i doskonałym stylem, szybko pochłonęłam wszystko to, co było sygnowane jego nazwiskiem. No, może prawie wszystko, na koniec zostawiłam sobie bowiem PL-BOYa, który bawił mnie w lipcowe popołudnia, a o którym Wam teraz opowiem.

PL BOY

Przyznam już na wstępie, że moim skromnym zdaniem PL- BOY nie należy do najlepszych dzieł, które wyszły spod pióra Pana Szczygielskiego, nie mniej jednak warto sięgnąć po tą pozycję, gdyż nieoceniony humor i trafność w ujmowaniu sedna sytuacji, charakteryzujący osobę autora, widoczny jest tu niemal na każdej stronnicy.

Zabawmy się w łańcuch skojarzeń. Słowo REDAKCJA: gazeta, dziennikarze, gro pracy, obowiązkowość, pomysłowość, intelekt. Cóż, myślę, że ten ciąg kojarzonych ze słowem redakcja słów, może nieco ulec zmianie, gdy do Waszych rąk trafi PL- BOY.

Powieść stojąca u progu groteski i z jej charakteru bogato czerpiąca, obnaża realia polskiego dziennikarstwa. Gotowy produkt, a więc magazyn, prezentujący dobre teksty, piękne zdjęcia czy interesujące konkursy, nie opowie Wam, ile potu, łez i śmiechu towarzyszyło całej redakcji, gdy tworzyła ów numer. Opowie o tym, i to w sposób bardzo zabawny, Marcin Szczygielski, dzięki czemu żadne opublikowane w magazynie zdjęcie nie wpędzi mnie już w kompleksy, a żadna ważna persona, nie zawstydzi swoim wybujałym ego. Dystans i humor, absurd i przerysowane postaci zawsze kradną moje serce i czas. Dlatego też kilka lipcowych popołudni i wieczorów śledziłam poczynania Zieni, drżąc na samą myśl, że w dniu dzisiejszym zaprawa, jaką pracowicie nałożyła sobie na twarz, przegra walkę ze zbyt wysoką temperaturą powietrza. Towarzyszyłam też Marcinowi przy przeprowadzce i trzymałam kciuki, żeby w dniu wyborów, dublerka nie przesadziła z kermitami. Nie wiecie o co chodzi? No cóż, ja Wam nie odpowiem, sięgnijcie do książki i bawcie się równie dobrze jak ja!

Najgorsza jest świadomość, że za kilka lub kilkanaście minut wymyślę dziesiątki miażdżących ripost, na które już będzie za późno, a o których będę myślał przez pół nocy.”

Pośrodku, na dość obskurnym krześle, siedzi Zosia, a właściwie bardziej zwisa, niż siedzi. Ma ewidentną gorączkę, błędny wzrok i wątróbkowe rumieńce na policzkach. Podobnie jak reszta panienek w garderobie nie ma na sobie prawie nic, ale w tym przypadku nie jest to widok przyjemny. Prawa pierś wygląda prawie dobrze, choć wciąż jest lekko napuchnięta, ale lewa to istny horror. Coś jakby Atak krwiożerczych pomidorów w ostatnich sekwencjach, kiedy to tytułowi bohaterowie bardziej przypominają już keczup, ale jeszcze nie całkiem. Nie mogę oderwać wzroku.”

Fragmenty PL- Boya autorstwa M. Szczygielskiego.

kolekcja:)

A oto cała kolekcja, z niecierpliwością oczekuję nowego tytułu!

Rosyjskie romansidło, ma się przy tym okazie „sztuki współczesnej”, jak pantofel do kapcia…

Wiem, że jest to książka okrzyknięta mianem „ bestsellera”. I co z tego powiadam, i tak zamierzam ją „pojechać”… Obiecuję być łagodna jak baranek.

 

Mh, żeby przeprowadzić ten zabieg jak najmniej boleśnie, opowiem w krótkim streszczeniu moją osobista podróż w odkrywaniu twarzy Christiana, od A do Z, czyli od 1 do 50…

hahah, very funny!- MOJA WEWNĘTRZNA BOGINI PODSKOCZYŁA Z RADOŚCI…

 

Po pierwszych 20 stronach miałam zrezygnować, jednak kontynuowałam zawzięcie, a to dlatego, że cechuje mnie wysoki stopień wytrzymałości, jak mniemam. Tyle lukru, nie widziałam na najbardziej tłustym pączku. Banał za banałem, czyli znowu do znudzenia:

 

ONA: inteligentna, skromna, nie potrzebująca makijażu, ani pięknych ubrań kobieta, która w późniejszej części lektury wilgotnieć i szczytować będzie już po dwóch ruchach partnera…

 

ON: piękny, zimny i bogaty! W dodatku, o zgrozo, facet, który zmienia się pod wpływem kobiety!

 

Tylko kilkadziesiąt stron, a tyle zakłamanych informacji…

Mimo to, czytałam, czytałam, czytałam, mówiłam sobie, jakie to głupie i czytałam dalej…

 

Ożywiałam się przy niektórych elementach dialogu, zwłaszcza, gdy Grey wypowiadał zdanie w stylu” Teraz będę Cię pieprzył ostro.”… a był po prostu seks.

Być może, moje zboczenie polega na tym, że oprócz praktyki, znam też teorię, seks nie tylko uprawiam, ale zgłębiam wiedzę na temat ludzkiej seksualności już od dłuższego czasu… i będę nudna, może mi nie uwierzycie, ale ludzie zazwyczaj kochają się w podobny sposób…

Oczywiście James opisuje pewną perwersję, jednak więcej jest zapowiedzi na jej temat, niż samej treści… a lukrowy kontekst i wszystkie banały wokół punktu głównego, spychają ją na dalszy plan, sprawiając jednocześnie, że traci ona swój smaczek.

 

Zainteresowanych seksualnością odsyłam do literatury naukowej lub w publikacji Prof. Lwa Starowicza czy Andrzeja Depko. Z nich naprawdę możecie się dowiedzieć czegoś sensownego na temat seksualności człowieka.

 

Skoro ta powieść jest tak, nie taka, jak być powinna, dlaczego tyle osób ją kupuje i czyta?Marketing?

Zgoda, zapewne znajdzie się wielu takich, którzy dali się nabrać (w tym ja, chociaż książkę na szczęście jedynie wypożyczyłam), ale nie tylko specjaliści od reklamy przyczynili się do sukcesu komercyjnego książki… Moim zdaniem, przyczyniła się do tego sama autorka, pisząc powieść w stylu harlequin, ubierając ją przy tym w na pozór mroczne barwy. Powiecie zapewne, że historia harlequina jest długa. Zgodzę się. Nie wiem też, dlaczego akurat dzieło Pani James, a nie innego pisarza, zostało okrzyknięte mianem bestsellera. Wiem jedno, to powieść zakorzeniona w baśni, a ludzie uwielbiają archetyp baśniowy, chłoną go nieświadomie jak gąbka i czekają na więcej. Cóż, trzeba sobie jakoś umilić trudy życia…

 

między jednym, a drugim kotletem schabowym

 

między trzecim, a czwartym praniem rzeczy białych

 

między piątą, a szóstą godziną nudnej pracy

 

między siódmym, a ósmym zdaniem o zabarwieniu

niezadowolenie, wypowiedzianym przez partnera mego

 

między dziewiątym, a dziesiątym pragnieniem czułości

 

Moja wewnętrzna bogini zamilkła i postanowiła zapalić z wrażenia.

 

 

 

Pozdrawiam,

Spryciara

Tak, jak obiecałam, tak i uczyniłam… idąc za ciosem, umówiłam się z kolejną odsłoną „Przekleństw niewinności”, tym razem filmową. Powstała jakaś dziwna trylogia w głowie mej…

W zasadzie film „The Virgins Suicides” made by Sofia Cappola, opowiada historię po prostu książkową… kilka spraw pominięto, kilka ubarwiono.. czepiam się! Film jest wspaniały, Pani Lisbon wymiata. Opowiedziana historia genialnie uchwyca barwne absurdy amerykańskiego snu na przedmieściach, ludzi życzliwym oraz zielone trawniki przed domami bez ogrodzeń. O tak, film oglądałam z zaciekawieniem, przejęciem… i w zasadzie podobnie jak po przeczytaniu książki czuję niedosyt. Co tak naprawdę się wydarzyło, rozłożyło na części pierwsze i wytworzyło na nowo w tych blond niewinnych główkach i dlaczego? No cóż, pewnie o to właśnie chodziło, aby historię przemyśleć…

PS. Co myślicie o Trip’ie? Jest taki „amerykański”…:)

 

Kochani, po tak długiej nieobecności postanowiłam podzielić się czymś wspaniałym, mianowicie wrażeniami dotyczącymi sztuki pt.„Przekleństwa niewinności”, w reżyserii Łukasza Zaleskiego.

Ale od początku…

 

Kraków, walentynki i wspaniałe przedstawienie, tak oto spędziłam środek minionego miesiąca.

 

Przekleństwa niewinności”…

Zaczęło się od powieści Jeffrey’a Eugenides’a o polskim tytule „Samobójczynie”, tłumaczonym również na „Przekleństwa niewinności”. Eugenides opisuje losy amerykańskiej młodzieży z lat siedemdziesiątych. Są zielone trawniki, przedmieścia, są pierwsze miłości, jest szkoła i są siostry Lisbon. Tajemnicze, interesujące, zwyczajne, a jednak niezwyczajne… siostry, które popełniają samobójstwo. Dlaczego?

Czyżby przyczyną był zawód miłosny, surowy styl wychowania, młodzieńczy bunt, poszukiwanie sensu życia, czy poszukiwanie siebie?

Samobójczynie

Przeczytajcie, zastanówcie się, przemyślcie…

 

Książka jest naprawdę bardzo interesująca i choć nie podoba mi się „wyczerpujący” opisem myśli styl Eugenides’a, historia naprawdę mnie urzekła. Zresztą nie tylko mnie. Na podstawie książki powstał bowiem film: „The Virgin Suicides” made by Sophia Cappola. Powieść zainspirowała również polską śmietankę artystyczną, powstało doskonałe przedstawienie.

Nie opowiem jakie było dokładnie, bo kiedy coś lub ktoś bardzo mi się podoba, nie pamiętam dlaczego, zapamiętuje jedynie wrażenie, odczucie, myśl, która zrodziła się po spotkaniu w mojej głowie. Tak było i tym razem.

Dzięki tej sztuce, sięgnęłam po książkę. Wróciłam też do swoich nastu lat, posługując się magicznym wehikułem czasu… W moim gronie nie było wówczas nikogo, kto mógłby równać się z siostrami Lisbon, jeśli mówimy o dramatycznym zakończeniu, natomiast było wiele osób, które zmuszone były żyć podobnie jak one.. i co ciekawe, podobnie jak Lux, rekompensowały sobie deficyty emocjonalne, seksem…

Nie wierzcie nigdy w „meeega orgazmy” nastolatek, one niestety nie istnieją, to nie dla nich podejmowana jest promiskuitywna aktywność seksualna, zwłaszcza, jeśli mówimy o nastoletnich dziewczynach.


 

Mam do odrobienia jeszcze jedno zadanie związane z filmem. Obejrzę i opowiem Wam. A póki co, zachęcam do lekturyyyy!!!!!!!

PS. Walkę książka kontra film, tutaj po zmianie zasad wygrywa SZTUKA! O filmie opowiem później, podobno postać Trip’a jest… mh :-D

 

Spryciara

 

Wódeczka się grzeje, a karp szaleje.. święta, święta…

 

Nadchodzą wielkimi krokami Najpiękniejsze Święta w polsko- katolickiej kulturze/ tradycji. Czy cieszą nas tak samo, jak dawniej? Czy wciąż budzą pozytywne emocję i uśmiech na twarzy? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami, ja Wam opowiem jak może być i jak bywa u niektórych…

 

Pierwszy dzień Świąt, który poprzedza uroczysta wieczerza zwana Wigilią, nie jest już pierwszym , a ostatnim dniem świątecznego cyrku. Drugiego dnia, cieszymy, się, że to już po: „Święta, święta i po świętach!”. Wszystkiemu winny marketing i reklama, którego jestem oficjalnym hejterem. Ów wspaniałe łebskie duszki, niejako zmuszają nas do myślenie o tym, czy:

  1. Choinka, żywa czy sztuczna? Jaki zestaw ozdób wybrać, żeby wyglądał olśniewająco i komponował się z dywanem w naszym pięknym domu?
  2. W czym zasiąść przy wigilijnym stole? Czy wybrać styl na pensjonarkę, czy może nieco bardziej rokowy, przemycając tu i ówdzie ćwieki?
  3. Prezenty, co komu kupić, żeby pokazać, że mam gust i że dobrze mi się wiedzie?
  4. Jak zgromadzić potrzebne środki, żeby to wszystko sfinansować? Odpowiedź-bez przerwy pracować, pracować i myśleć o świętach.

Koniec końców jest taki, że to myślenie zmęczy nas bardzo, wszystko zwalimy na brak czasu, a święta po prostu będziemy chcieli odbębnić, najlepiej będąc czyimś gościem.

Takie są moje hipotezy, a oto materiał dowodowy…

1. Uwaga na czerwone! Przed Świętami wzmaga się czujność Władz Miejskich, uważnie pilnują one porządku publicznego i gorliwie wypisują mandaty. Pocieszają słowami, że w razie braku pieniędzy, w Jadłodajni, znajdzie się dla nas miejsce. Co za ulga..

2. Święta bez karpia, to nie święta. Cóż, może się zdarzyć, że ten tegoroczny nie będzie nam za bardzo smakował. Trudno bowiem,  żeby po męczeńskiej śmierci w niedotlenionym basenie, a potem w reklamówce, miał pracować jeszcze nad smakiem. …A religia coś mówi o odkupieniu grzechów w tym czasie, mając rybią mękę na sumieniu, trudno o lepszą hipokryzję.

Nie kupujcie żywego karpia, miejcie litość dla zwierzęcia!

3.Rodzinne roszady, czyli jak wykręcić się od świątecznej i rodzinnej atmosfery we własnym domu. Cała rodzina przy świątecznym stole wygląda pięknie, ale tylko w telewizji, bo przecież ile to wymaga roboty. Planowo miesiąc przed świętami, w rodzinie ustają wszelkie próby nawiązania kontaktu, cisza przed burzą i oczekiwanie w napięciu, kto w tym roku dobrowolnie przyjmie rolę „świątecznego barana” z funkcją robota prac domowych.A no nikt… każdy sobie rzepkę ze złością skrobie, psiocząc pod nosem na innych członków rodziny i obiecując przy tym sobie, że w tym roku nie da się wrobić w przygotowania kolacji dla 20 osób! Szanowni Państwo, to wcale nie jest taka przyjemność, to całe przygotowywanie, mimo, że w „Klanie”, uśmiech stojącej przy garach Elżuni skłania nas ku innym wnioskom.

23.12- ktoś pęka, ale już po ptakach honor i duma za bardzo się rozgościły w naszych głowach, miały w końcu na to cały grudzień! „ Nie, nie przyjedziemy, jak macie ochotę, to odwiedźcie nas”. Opcje są dwie, nikt nie przyjedzie lub przyjadą wszyscy i dopóki nie rozlana zostanie jedna połóweczka oraz odrobina wina dla Pań, będzie drętwo jak na apelu.

 

4. Kolacja z 12 dań. Póki nikt oficjalnie nie podejmie się poprowadzenia przedsięwzięcia pt „rodzinne spotkanie”, co niektórzy nie będą robić nic, a co niektórzy okopią się w kuchni i z nerwami, łzami i przekleństwami będą piec, trzeć, ubijać, pichcić, kleić… dopóki, dopóty im „żyłka nie pęknie” i nie rzucą ścierką, „oddając przy tym fartucha”… no i wtedy jedzenie trafić może szlag..ehh

5. Spotkanie. Jak patrzeć i się uśmiechać do brata, siostry, męża i dzieci, gdy nie ma się na to ochoty? Okazuje się, że nie w Sylwestra, a właśnie w Święta połowa Polaków zakłada maski z pięknym uśmiechem i dzielnie walczy o Oscara.

 

6. Wolne miejsce przy stole. Ciepły posiłek dla strudzonego wędrowca, a co jeśli w rodzinie jest wędrowiec, którego miłosierdzie wszystkich świętych nie jest w stanie odkupić? Lepiej nie kusić losu…

7. Prezenty! No cóż, to już nie tradycja, to przemysł. Im więcej i drożej, tym lepiej. A   szczerze, ile z tych prezentów naprawdę nas ucieszy?

8.  Pasterka. Za zimno, za późno, jesteśmy jednak nie wierzący…

 

 

Ja oczywiście życzę Wam zupełnie innych świąt. Takich, gdzie spotkanie się z bliskimi, jest radosne i szczere. Świąt osnutych zapachem choinki, dźwiękiem kolęd i śmiechu, miłością do ludzi i zwierząt, które nie są przywiązane łańcuchem do budy, a leżą przy ścianie lub kominku.  Życzę Wam Świąt ubogich w pieniądze i jedzenie, a bogatych w miłość, sympatię i prawdę. Uczciwych i w tej uczciwości radosnych!

Spryciara.

 

Kiedy okazuję się, że Twój facet to dziad, otrzyj łzy i zorganizuj mały sabat z przyjaciółkami. Nic nie posmakuje Wam tak przy dobrych trunkach i gorzkich opowieściach jak sałatka z KOGUTA!

Sałatka z koguta.

Składniki:

Pierś z kurczaka, dwa małe płaty- cena ok. 7zł

1,2 cebulki dymki ze szczypiorkiem- cena ok. 1zł

Pół opakowania kolorowego makaronu -cena ok. 2zł

pół zielonej papryki- cena ok. 50gr

pół czerwonej papryki- cena ok. 50gr

3 rzodkiewki- cena ok. 40gr

pół puszki słodkiej kukurydzy- cena ok. 1zł

4-5 łyżek majonezu- cena ok. 1zł

łyżka musztardy- cena ok. 20gr

przyprawy: sól, pieprz, bazylia, sok z cytryny, liść lubczyku

Koszt przygotowania potrawy: 12-13zł

Sposób przygotowania:

Zacznijmy od koguta, czyli kurczaka. Dokładnie umyj płaty/piersi, następnie pokrój je w drobną kostkę i włóż do miseczki, dodaj sól i pieprz, bazylię i liść lubczyku, wciśnij trochę soku z cytryny, dodaj odrobiny oliwy z oliwek, łyżkę musztardy i posiekany ząbek czosnku. Tak zamarynowanego kurczaka włóż do lodówki na jakiś czas, minimum godzinę.

Ugotuj makaron. Chcesz uniknąć posklejanych świderków? Oprócz soli do wody z gotującym się makaronem wlej kilka kropli oliwy. Ugotowany makaron ostudź zimną wodą, następnie odcedź i przejdź do warzyw.

Umyj i posiekaj warzywa: paprykę, cebulkę, szczypior i rzodkiewkę. Jeśli chodzi o kształt, wszystko zależy od Ciebie. Ja pokroiłam paprykę w paseczki, rzodkiewki w pół talarki, a szczypior zgodnie z klasyką.

Przejdźmy teraz do najważniejszego punktu programu, a więc rozprawienia się z kogutem. Zamarynowanego kurczaka podsmaż na maślę. Następnie odcedź go z tłuszczu i ostudź. Ja w tym celu użyłam papieru śniadaniowego. Proste!

Wszystkie składniki wrzuć do dużej miski, dodaj przyprawy, sól i pieprz do smaku oraz nieco ziół: bazylię i lubczyku, dodaj 3 łyżki majonezu i delikatnie połącz wszystkie składniki. Gotowe! Moja rada, całość posyp świeżym szczypiorkiem i włóż do lodówki. Schłodzona sałatka smakuje MNIAM!

 

Smacznego życzy Spryciara!!!

 

 

„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” Mario Vargasa Llosy


Przeczytałam. Refleksja jaka mi się nasuwa po tej niezwykłej lekturze ma w zasadzie formę pytającą. O co kobietom chodzi w życiu?

Historia kobiety o wielu paszportach, dowodach i nazwiskach, nie dotyczy jej samej konkretnie. Mam wrażenie, że jest to pewien prototyp osobowości kobiet, kobiecych wyborów miłosnych i życiowych.

Dlaczego zawsze bardziej atrakcyjny dla kobiety  wydaję się być partner toksyczny, często obiektywnie mało przystojny, ale pewny siebie i władczy, nawet jeśli niszczy? Dlaczego kobiety stronią od mężczyzn dobrych, spokojnych, przewidywalnych, a jeśli już wybierają życie przy ich boku, to najczęściej z litości, nudząc się przy tym okropnie? Tego nie wiem, ale  nie mogę uwierzyć, że jedynym motywem są pieniądze. Nie ma bowiem nic gorszego nic pieniądze zamożnego małżonka. Kobieta jest nimi otoczona i nie może ich dotknąć, zarządzać nimi i ich wydawać. To ten sam dramat, co dramat dziecka obserwującego ciastka z wystawy pobliskiej cukierni. Czy więc gra jest warta świeczki? Mmm, być może zależy to od tego, co kobieta ma do stracenia. Jeśli jak w przypadku Niegrzecznej Dziewczynki, na początku- nic, ryzykować można wiele. Potem ryzyko wchodzi w krew.

Interesująca powieść, pokazująca skomplikowaną naturę kobiety o osobowości nieco psychotycznej. Kobiety doskonale kłamiącej, żyjącej urojeniami, pozbawionej większej empatii, ale też dążącej do niezależności i przyjemności, kobiety uszczęśliwiającej mężczyzn, kobiety, którą mężczyźni pożądają.

To, czego zawsze można się spodziewać, gdy powieść dotyczy silnego charakteru, płci żeńskiej, to smutne rozliczenie i nieciekawy koniec życia bohaterki. Tak jak w przypadku Markizy i Nany była oszpecająca ospa, tak w przypadku Niegrzecznej Dziewczynki, jest rak, pozbawiający ją kobiecych przymiotów: piersi, macicy, piękna. Szkoda, że tylko z  kobietami pisarze rozliczają się w ten sposób. Ile jest męskich charakterów, łamiących serca, lubujących się w namiętnościach, seksie i pieniądzach, którzy nie giną w ten sposób. Piętno katolicyzmu. Być może..była kara i jest pokuta, szkoda, że wybiórcza. Przez zakończenie, książka traci wydźwięk i staje się beznadziejnym romansem z przodującym motywem poświęcenia i wybaczenia. Tak go skrzywdziła, ale on i tak był z nią w chorobie do końca jej dni, ach, zaraz uronię trzy łzy na cześć jakże wzniosłej męskiej postawy… postawy,  którą dotychczas obserwować mogłam jedynie na łamach zapisanych drukiem stronnic.

 

Czy ktoś z Was jest po lekturze szelmostw? Jeśli tak, podziel się Drogi Czytelniku swoją refleksją.

 

Autor: Spryciara

Bywaj i baw się świetnie!

0

-jedno mojito poproszę , – 14zł,- dam 10zł, – 14zł,- ehh, artystom żyje się teraz ciężko, zwłaszcza tym ze spalonego teatru…

Piątek zbliża się wielkimi krokami. Oto lista spraw, które należy ogarnąć w szybkim tempie aby piątkowy wieczór można było zdecydowanie zaliczyć do udanych, bądź też fabulous, jak  kto woli.

Przeliczenie sakwy z pieniędzmi.

Jest to bazowy punkt planowania wszystkich grubszych i mało nudnych event’ów z Twoim udziałemJ Przeliczenie wszystkich monet i określenie ewentualnego źródła pożyczki,  są niezwykle ważne w planach imprezowicza, tudzież imprezowiczki.

Po zsumowaniu dostępnych środków należy dokonać podziału na tak zwane kupki.

Powinny powstać osobne zbiory gotówki przeznaczonej na: wygląd, drinki, wstępy, bilet na nocny lub dla loooksusowych opłatę za taxi, dwójka na szatnię i resztka na butelkę wody i przeciwbólową, ratującego życie „zaraz po” świetnej zabawie.

 

Ad wygląd_ W zależności od rodzaju imprezy, twojej zasobności portfela czy też osobowości możesz wydać na to 0-1000 złotych. Nawet  jeżeli nie możesz lub nie lubisz wydawać $ na swój look, bo twoim zdaniem liczy się wnętrze, to pamiętaj, że zadbana twarz i czyste buty, a także świeży zapach to podstawa. Im mniej wydasz na wygląd, tym więcej będzie na drinkiJ

 

Ad drinki i wstępy Osobiście jestem fanką klubów, w których nie płaci się za wstęp. Nie są to raczej masowe bujanki pod disco świecącą kulą, ale mają swój klimat. Jeśli decydujesz się na imprezę ze wstępem, nie łudź się, że drinki będą w tym klubie nieco tańsze. Super rozwiązaniem jest więc tani start: w domu przy butelce lub tanich, modnych ostatnio pijalniach. Przyjaźń z butelką wprawić Cie może w rześki nastrój, mocne wejście gwarantowane, potem już tylko wymyślny drink z parasolką i zabawa do rana.

Jeśli należysz do tego typu szczęśliwców, którym alkohol nie jest potrzebny do tego, aby się świetnie bawić, chapeau bas. Możesz szaleć z wysokością wstępu oraz stylizacjami!:)

 

Ad pozostałe: tutaj da się jedynie zaoszczędzić na transporcie i jakości wody mineralnej, niestety wszystko musi być must have, więc jesteś uboższy/uboższa o jakąś dychę.

 

Najpiękniejsza/ Najprzystojniejszy ever.

Nie oszukujmy się, wygląd jest ważny. Wystarczy ułamek milisekundy, aby człowiek człowieka ocenił pod kątem swoich zainteresowań.  Poza tym, jak Cię widzą, tak Cię piszą. Chcesz być słodka, naiwna i seksowna, nie zapomnij o różu. Mroczny ale inteligentny i tajemniczy, czarne niewyblaknięte ciuchy. Loozacki styl i humor, nie szalej za bardzo i schowaj nieujarzmionego barana z klaty lub pleców. Najważniejsze jest jedno: bądź sobą i bądź pewny/pewna, że jesteś very nice, to gwarantowana ochrona przed  ścianą, o którą chciałbyś/ chciałabyś się oprzeć w przypadku niepowodzenia.

 

W kupie raźniej.

We Wrocławiu, miejscu spotkań, każdy moment jest dobry, by nawiązywać nowe przyjaźnie i przebywać wśród ludzi. O ile w przypadku klubu działa prosta zasada „im więcej, tym lepiej”, to jeśli chodzi o start przed miastem, wybierz tylko tych, których lubisz i którym ufasz. Nigdy nie wiesz jak zakończy się impreza, złamanym obcasem, sercem, obrzyganym swetrem, czy osikaną spódnicą. Tutaj zawsze przydaję się pomocna dłoń, bądź ramię kogoś from ur side.

 

Taniec i zabawa.

Wkraczając na teren lokalu, nie uciekaj od dwóch miejsc: baru i parkietu. Bar to strategiczny punkt zapoznawania ciekawych ludzi, natomiast parkiet, nie musze chyba tłumaczyć… miejsce zabawy, pozytywnej energii, bliskości ciał i..endorfinek. Wspomnieć też muszę o tym, że badania dowodzą, iż jeśli czynnie uczestniczysz w zabawie, tańcząc i skacząc, milsze masz odczucia i wspomnienia tej imprezy dotyczące.

Have fun!

Made by: Spryciara

 

Demon chudy ma tyłek.

0

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jaka postać realna, bądź też bohater filmowy jest twoim zdaniem wcieleniem zła?

Większość osób zapewne udzieliłaby górnolotnej odpowiedzi w typie: Hitler. Początkowo też zapewne byłabym w tej grupie osób, ale nie teraz. Veda Pierce, bohaterka serialu ‘Mildred Pierce’, uświadomiła mi w czym tkwi istota zła.

Nieco o Pannie V. Córka głównej bohaterki, klasycznej amerykanki, kochającej matki i żony, przeciętnej kobiety o imieniu Mildred, która poświęciła wszystko dla rodziny. Vedę poznajemy, kiedy jest dzieckiem, już wówczas jest nieznośną, kapryśną dziewczynką o wygórowanym mniemaniu o sobie i wielkim poczuciu własnej wartości. Rodzice traktują ją z szacunkiem i respektem należnym wybitnej osobie dorosłej. Dziewczynka samozwańczo zachowuję się jak mała dama z wyższych sfer. Wstydzi się dzielnicy, w której mieszka, wstydzi się też matki, która otrząsnąwszy się po rozwodzie, otwiera własną restaurację. Jest to wyraz ogromnej odwagi i przedsiębiorczości, zwłaszcza w tamtych czasach. Jednak u Vedy, matka wzbudza jedynie pogardę. Bowiem Mildred serwuje swoim gościom najsmaczniejsze w okolicy smażone kurczaki i zawsze pachnie jak one.

Długo by opowiadać o tej postaci. Zachęcam do obejrzenia serialu. A oto kilka scen, przy których ma się ochotę zatłuc Vedę tłuczkiem do mięsa… Szczerze mówiąc, nie sposób to opisać.

Po pierwsze drażniący jest ton wypowiedzi tej małej dziewczynki, później dorosłej kobiety. Przemądrzanie się. Poniżanie tych, którzy najbardziej ją kochają, zwłaszcza własnej matki. Egoizm i egocentryzm. Pogarda dla wszystkiego i wszystkich.

Końcowa scena doskonale obrazuje parujące z uszu Vedy zło.

Po tym jak Veda odnajduje w sobie dar śpiewania i staję się operową śpiewaczką, jej matka inwestuje wszystkie swoje pieniądze w jej zachcianki, traci przy tym własną firmę i dorobek całego życia. Jest jednak tak szczęśliwa z powodu sukcesów córki oraz namiastki uwagi i sympatii, jaką Veda ją darzy, że nie zwraca na to większej uwagi. Wracając do domu wchodzi do sypialni córki, w której zastaje swojego męża i Vedę w sytuacji zwanej „tuż po”. Nie to jest jednak najgorsze. Veda siedzi naga na krześle przy toaletce tyłem do matki w pozycji niczym z aktu, pali papierosa i piękną mową obrzuca swoją matkę stertą oszczerstw. Jest spokojna, opanowana, wyniosła. Wie, że ma zgrabne ciało, młodość i urodę, zapewne na złość matce odbiła jej przystojnego męża, który jej zdaniem bardziej pasował do niej.

Veda, jeśli czegoś chce, to tylko po to, by to osiągnąć, zdobyć. Niezdolna do uczuć wyższych, pozbawiona empatii. Dziś określona mianem kobiety o osobowości psychotycznej, niewspółodczuwającej. Złej i fascynującej. Zło chudy i zgrabny może mieć tyłek…

 

Autor: Spryciara

Placki szamana- smacznegooo!

1

Placki Szamana.

Składniki:

dwa jaja- cena ok. 1,5zł

1/3  pora- cena ok. 1zł

jedna cebula- cena ok. 20gr

pół zielonej papryki- cena ok. 50gr

ząbek czosnku- cena ok. 50gr

pół cukinii- cena ok. 50gr

3-4 łyżki mąki- cena ok. 50gr

świeży koperek lub natka pietruszki- cena ok. 1-2zł

6-7 ziemniaków- cena ok. 50gr

przyprawy: sól, pieprz, papryka czerwona, zioła: bazylia, majeranek, lubczyk

oliwa lub olej do smażenia

Koszt przygotowania potrawy: 5-6zł

Sposób przygotowania:

Zetrzyj na tarce lub zblenduj wcześniej obrane ziemniaki i cukinie, dodaj pokrojony drobno czosnek, cebule i por.  Dodaj jajko lub dwa, mąkę i zamieszaj, masa nie powinna być zbyt rzadka. Dodaj przyprawy, nie żałuj ziół, wspomagają trawienie. Rozgrzej olej lub oliwę na patalni i smaż pyszne placki, uwaga ty decydujesz o ich kształcie i wielkości. Mniam!

Placki podawać można ze śmietaną, jogurtem lub sosem pomidorowym:)

Zielony kremik warzywny.

Składniki:

jedna marchewka- cena ok. 20gr

jeden brokuł- cena ok. 4zł

jedna mała cukinia- cena ok. 1zł

1/3 małego pora- cena ok. 1zł

dwa ziemniaki- cena ok. 20gr

mały kawałek selera- cena ok. 30gr

pół zielonej papryki- cena ok. 1zł

4-5 łyżek jogurtu lub wysokoprocentowej śmietany- cena ok. 1zł

natka pietruszki- cena ok. 2zł

udko kurczaka- cena ok. 3zł

przyprawy: sól, pieprz, czerwona papryka, bazylia lub majeranek

Koszt przygotowania potrawy: 13-14zł

Sposób przygotowania:

Do sporego garnka z zimna wodą włóż opłukane udko z kurczaka, możesz wrzucić również dwa liście laurowe. Zostaw na ok. 25 minut na małym gazie, w tym czasie:

Obierz, umyj marchewkę i selera, pokrój w kostkę i wrzuć do garnka. Umytego brokuła podziel na części, obraną cukinię i ziemniaki również pokrój w kostkę. Następnie posiekaj wcześniej umytego pora. Tak przygotowane warzywa wrzuć do garnka, w którym przygotowujesz wywar i gotuj razem na wolnym ogniu ok. 20-30 minut, aż warzywa będą miękkie.

Następnie posiekaj natkę pietruszki, wyjmij z lodówki śmietanę lub jogurt i przygotuj blender.

Kiedy już warzywa będą ugotowane, wyjmij kurczaka z garnka i zaatakuj zupę blenderem. Zmiksowaną zupę dopraw według uznania i zabiel śmietaną lub i jogurtem.

Et voila! Bonne appetit!:)

Miauu, dzień dobry!:)

0

Witajcie!!!

Spryciara.crazylife.pl to blog,  który, mam nadzieję, okaże się bliski wszystkim młodym ludziom, żyjącym na własny rachunek:) Studenci, absolwenci, młodzi rodzice i wszyscy ci, którzy pożegnali się z rodzicielską troską i kontrolą, wypływając na szerokie życia wody:)

Czasy są takie jakie są, wiele pokus i wiele trudności, Spryciara pokaże Wam jak żyć zabawnie, tanio
i z pomysłem:)

Zapraszam do śledzenia bloga!

Spryciara


  • RSS