Wpisy w kategorii: Zapach druku_książka

Czarny czwartek, czarny protest i różowa książka. Wspaniała. Jej barwny wydźwięk nie poprawił mi humoru, ale skłonił do refleksji. Dlatego właśnie przedstawiam Wam „Długą Bertę” ze składu książek, #3,50.

Długa Berta

Myślę, że przypadki nie chodzą po ludziach, one naumyślnie ich wybierają, podobnie jak zdarzenia, stany, rzeczy, okoliczności… Dziś, kiedy wszyscy mądrzy ludzie, którzy w tym kraju jeszcze pozostali, walczą o prawa kobiet czarną falą zalewając plac przed Sejmem, cała reszta łączy się z nimi sercem i czarnym selfie w mediach społecznościowych, w moje ręce wpada książka cienka (tylko 160 stron!) i niezwykła. „Długa Berta”  Cucy Canals- przeczytałam ją szybko i na jednym oddechu, zamiast oczywiście skupić się na robocie zleconej przez bibliotekę, baśniowy klimat, czarny humor, brak logiki i ludzka głupota. Zupełnie jak dziś.

Mam prawie trzydzieści lat i kiedy ktoś mnie pyta, kiedy urodzę dzieci mam ochotę mu odpowiedzieć dosadnie, że w tym kraju ciężko o szczęśliwe życie, zwłaszcza dla dziewczynek, gejów i kobiet. Wydawać by się mogło, że bezpiecznie można mieć jedynie kota. Choć sympatia do tego gatunku zwierząt człowieka u władzy niespecjalnie przekłada się na walkę w obronie praw zwierząt… I tu znów klops, nie ma się czego chwycić. Strach się rozmnażać i zakładać rodzinę. Społeczeństwo bardziej oburza fakt, że ktoś domaga się przynależnego mu prawa wyboru i ochrony zdrowia, niż zbrodnia wykorzystania seksualnego 11- letniego dziecka oraz zmuszenie go do porodu- bestialstwo! Dygresja jak zwykle za długa, do książki wrócić należy.

Cała poetycka opowieść Canals rozgrywa się w większości w malowniczej,  bogatej w ubóstwo i wyjątkowych mieszkańców wiosce Navidad. Poznajemy „Długą Bertę”, jej szalonego ojca i na pozór spokojną matkę Robertę, przygłupiego Amadeusza Głuptaka i księdza Federico. Wszyscy są jednocześnie bardzo zwyczajni w swoich pragnieniach, troskach i marzeniach oraz nadzwyczajni zarazem. Wszystko za sprawą tęczy, zakazanej miłości, Różowej Najświętszej Panience i rywalizacji o władzę na mapie z miejscowością na P.

Autorka powieści w sprytny, humorystyczny sposób przemyca informacje na temat ludzkich błędów, przywar i głupot. „Długą Bertę” kończy wojna, jednak nie polsko- ruska, a różowo-niebieska. Wojna, jak to wojna- jest bezsensowna i krwawa. Ofiar dużo, zysków brak…

I to właśnie dziś, kiedy kolor czarny zasmuca, w ręce wpadł mi różowy, który mimo powierzchownej szaty, jest równie smutny… Tak, jak kiedyś Juan Quintana w obawie przed utratą córki, pobił ją… a w dalszej konsekwencji stracił życie, tak dziś Polska, okłada ciosami nas Kobiety… Zapłaczmy, a z nieba spadnie deszcz, tylko czy to coś zmieni?

 

Głupi jak osioł? Zastanów się czy warto tak mówić, kiedy osioł Federico ucieka od ludzi, ma rację!

Cuca Canals 

 

Wolności i godności,

Spryciara

czarnyprotest

Wyobraź sobie, że stoisz na rozgrzanym placu i bierzesz udział w jakimś szkolnym konkursie, niech będzie z „przysposobienia obronnego”.  Masz kilkanaście lat. Ładujesz broń, wykonujesz rozkazy, przyjmujesz pozy, a wszystko to według określonego schematu, z precyzją i szybkością. Szorstki mundur drażni twoje pokryte pryszczami plecy, równie pryszczata skóra na twarzy piecze jak cholera, pot się leje, ale jakoś ci idzie. Inni się wykruszają, po pewnym czasie zostaje  już tylko jeden przeciwnik. Niestety jest to prymus, ulubieniec dziewczyn, nauczycieli, ukochany syn, którego starzy kibicują z trybun. Jednym słowem godny przeciwnik, który jednak popełnia błąd i to Ty zwyciężasz konkurencję, co zostaje ogłoszone. Hurra!?

Tłum gromadzi się przy przegranym, pocieszając go i chwaląc jego wysiłki, nauczyciel także mu gratuluje walki do końca, a Ty stoisz sam, bo jesteś Henry Chinasky i nawet twoi starzy nie ruszyli tyłków z domu, by cię zobaczyć. Masz pryszcze, wdajesz się w bójki, pijesz i jesteś dziwny. Nikt Cię nie lubi. Codziennie dostajesz mega lanie odkąd stanąłeś na swoich wątłych nóżkach kilkulatka. Jesteś workiem treningowym swojego popieprzonego i sadystycznego ojca i nikt nie przychodzi ci z pomocą w tej cudownej Ameryce, w której spełnia się wszystkim „amerykański sen”. Tak proszę Państwa rodzi się mroczny, cyniczny talent Charlesa Bukowskiego….

 

„Piękne myśli i piękne kobiety nigdy nie zagrzewają miejsca”

Charles Bukowski

 

-Co czytasz?

-Teraz- Bukowskiego „ Historie o zwykłym szaleństwie”

-Aaaa to muszą być bardzo smutne opowieści …

 

W rzeczy samej, smutne, ale jakże prawdziwe, zaś sama poszarpana fabuła cholernie wciągająca. Charlesa poznałam „za dzieciaka”, tzn. zaczęłam od książki „ Z szynką raz” i potem jakoś trudno było mi wybić sobie z głowy to, co tam przeczytałam. Ta pierwsza z przeczytanych przeze mnie książek tego autora kładzie się cieniem na pozostałe, wpływa na odbiór i interpretacje, dlatego też w tym wpisie zaprezentuje Wam klasyczny subiektywny obiektywizm;-)

 

Charles Bukowski

Charles Mc Boski Bukowski jest autorem wymagającym. Dlaczego? Otóż jego opowieści przesycone są taką ilością alkoholu, iż nie sposób przeczytać ich na trzeźwo! Być może z tego względu czytając Bukowskiego dzierżę w jednej dłoni książkę, a w drugiej szklaneczkę whisky (na bogato) lub wina (gdy portfel groszem nie śmierdzi). Jak to dobrze się pośmiać, czy oburzyć kiedy Hank, Henry lub jakiś tam przypadkowy bohater jednej opowieści wda się w głupią bójkę, przyciśnie do ściany w chuci jakąś wątpliwej urody damę noszącą za to różowe majtki, zaś sam Bukowski puści pawia tuż przed spotkaniem z czytelnikami. W odpowiednich ilościach  ta proza jest na swój sposób relaksująca. Ba, nawet pouczająca. Bukowski jest bowiem facetem mrocznym, zapitym, ale też okrutnie inteligentnym, jego złote myśli wzbogacają Czytelnika i dają mu na wstrzymanie, jeśli chodzi o głupią życiową pogoń za czymś tam… istotnie ważnym.

 

„Różnica między sztuką, a życiem polega na tym, że sztuka jest znośniejsza”

 

Człowiek fascynujący, ale z daleka. No bo powiedz Drogi Czytelniku, czy chciałbyś się z Bukowskim  spotkać, przeżywać dłużej niż tydzień, wytrzeć jego pawia, zmyć jego gary, zrozumieć go? Byłoby to trudne, zwłaszcza jeśli jesteś pedantem. Być może właśnie dlatego świadomy swego naznaczenia Bukowski spędził życie w otoczeniu wielu osób, przyjaciół od kieliszka i interesu, jako człowiek samotny. Cenię go za dystans, czarną barwę poczucia humoru i skromność. Lubię to, co wyszło spod jego pióra. Zabawne, że dzięki niemu inaczej przechodzę obok otulonych oparami alkoholu, śpiących na gwoździa dżentelmenów. Trochę to głupie, wiem.

 Charles Bukowski

 

„Prawie każdy człowiek rodzi się geniuszem i jest pochowany jako idiota”

 

 

 

 

 

 

Serdeczności,

Spryciara

 

Wpis zawiera cytaty Charlesa Bukowskiego

Zawsze uważałam, że podróże dookoła świata muszą być fascynujące. Wydawało mi się, że podróżowanie czyli poznawanie nowych kultur, krain geograficznych, zmaganie się z przeciwnościami losu i bycie w drodze jest wspaniałe… jednym słowem PRZYGODA! Przygoda zarezerwowana tylko dla odważnych, na szczęście dla reszty pozostaje jednak równie interesująca alternatywa, mianowicie KSIĄŻKA. Nie muszę chyba dodawać, że zaliczam się do tego drugiego zbioru. Jako przedstawicielka osób bojących się dzików, wysokości i krwi nawet nie marzę o tym, by z plecakiem wybrać się w podróż do Tybetu.  Udało mi się jednak poznać tę niezwykłą krainę od pięknej, fascynującej strony, a to za sprawą malarki i pisarki, Aya Goda i jej magicznemu „TAO”. Tutaj powinno pojawić się „serduszko” .

Aya Goda

Aya Goda

„TAO” to opowieść o dwóch pokrewnych duszach, które los zetknął w podróży i połączył wspólną przygodą i uczuciem. Nie brakuje w nim ważnych w kulturze Chin i Tybetu zwrotów i faktów historycznych, uczuć, które nie wymagają nazywania pasji-pasją, a miłości- miłością (Azjaci są w tym temacie wyjątkowo oszczędni), jest za to wspólne przebywanie, empatia i wyrozumiałość. Dla zepsutego wzniosłym „Ja” świata zachodu  jest to zjawiskowo piękne, ale też tak bardzo „egzotyczne” i niezrozumiałe do końca.

W opowieściach Aya i Cao o Tybecie najbardziej ujęła mnie historia „mistrza ceremonii w pochówków przez powietrze”. Tseren, którego poznajemy w czwartej części powieści, zajmuje się  pochówkiem przez powietrze, jest więc grabarzem, ale jakże wyjątkowym.

Mieszkańcy Tybetu z uwagi na trudne warunki, w jakich przyszło im żyć, wydają się obcować w 100% w zgodzie z naturą, przystosowując się do łańcucha, jaki jest w przyrodzie przypisany. Zjadanie się, umożliwiające przetrwanie jest czymś naturalnym. Robaki i ryby jedzą ludzkie ciało, psy jedzą kupy i padlinę, odchodami jaka pali się w piecu, etc.  Nic nie może się zmarnować, nawet ludzkie odchody,  które ze smakiem są zjadane właśnie przez psy.

Wracając do pochówku; otóż występują jego cztery rodzaje; poprzez spalenie- tylko dla najbogatszych, poprzez ziemię- dla zmarłych na choroby zakaźne, w wodzie- dla niemowląt i samobójców oraz przez powietrze- dla wszystkich pozostałych. Ostatni jest najciekawszy! Wysoko w górach na specjalnej platformie odbywa się ta interesująca i przez Europejczyków być może nazwana „makabryczna” ceremonia.  Przywiezione na specjalnym wózku owinięte w płótno nagie zwłoki układa się na kamieniu rzeźniczym, przywiązując jednocześnie głowę za pomocą liny do dużego kamienia. W tym samym czasie zapala się ogień, by dymem dać sygnał ptakom. W  dalszej kolejności mistrz ceremonii odkrawa części ciała ludzkiego i rzuca je sępom na pożarcie. Makabryczne? Wydaje się, że tak jednak poznając bliżej kulturę i warunki panujące w Tybecie, wydaję się to być nieco bardziej naturalne rozwiązanie. Żywi, mają szanse przeżyć, a martwe ciało zostaje wykorzystane w 100%. Poza tym Tybetańczycy wierzą, że dusza nieboszczyka, którego ciało nie zostanie w całości zjedzone przez sępy, będzie się tułać po świecie i cierpieć, dlatego też dbają o solidną zapłatę dla mistrza ceremonii, którego jednak wolą omijać na ulicy- za paznokciami może mieć bowiem nadal strzępki ludzkiego ciała…

TAO na swoich niespełna trzystu stronnicach mieści wiele równie interesujących i prawdziwych historii. Wybrałam tę, ze względu na osobiste zainteresowania lękiem egzystencjonalnym, od lat badanym w ramach Terror Management Theory.

Nie mogę zakończyć tego wpisu nie zwracając uwagi na trudną sytuację Chińczyków zmuszonych do życia w socjalistycznych Chinach. Kiedy Cao Yong wreszcie ucieka w tego kraju, w którym rządzi zakaz, bezpieka i donosicielstwo, dręczy mnie lęk… widziałam bowiem „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego, ostatnie wyrazy do momentu, w którym pojawia się hasło „wylądowaliśmy”, czytałam  niemal na bezdechu w obawie przed awarią samolotu. Yong miał  więcej szczęścia, niż Witek- główny bohater filmu Kieślowskiego, dzięki czemu cały świat mógł się poznać na jego wspaniałym talencie. Wielka w tym również zasługa Aya Gode, bez której to wszystko mogło się po prostu nie udać.

Podsumowując, wspaniała książka! Dzięki niej poszerzyłam swój horyzont, poznałam magiczne krainy i obowiązujące w nich normy społeczno- polityczne. Śmiem twierdzić, że rozumiem więcej, ale wiem wciąż za mało… Ot, magiczna moc lektury!

 

praca wre by Spryciara

praca wre by Spryciara

Dla zainteresowanych przekazuję link obrazujący twórczość Cao Yonga. Prawda, że wielki artysta?:)


http://caoyong.us/

 

Mieliście  w rękach tą magiczna książkę?!
Jakie są Wasze odczucia po jej lekturze.
Dzielcie się proszę swoimi spostrzeżeniami w komentarzach!

 

Serdeczności!

Spryciara

Bywa suką, kiedy spogląda w lustro, kiedy się kocha z przypadkowo poznanym mężczyzną i także wtedy, gdy zwalnia lub awansuje swoich ludzi. Tak często o niej mówią „suka”, że sama tak o sobie myśli, a co gorsza w to wierzy… Tymczasem Ewita Szot to inteligentna, odważna, atrakcyjna kobieta, którą życie nie rozpieszczało, a ona i tak okiełznała jego żywioły i ocaliła w sobie dobro.

 #suki to my! #sobota #dzienkota #wygrzewamsie z dobra #ksiazka  #krystynakofta #lubieczytac #literatura #kobiety #silnebabki #dobrybut i #mozg robia robote!

#suki to my! #sobota #dzienkota #wygrzewamsie z dobra #ksiazka #krystynakofta #lubieczytac #literatura #kobiety #silnebabki #dobrybut i #mozg robia robote!

Suka mała w koncie stała i tak się przechwalała: zdolna jestem niesłychanie, najpiękniejsze mam ubranie, umiem wiersze opowiadać,  tyra ryra ryra tyra, tańczę, kiedy gra muzyka..- tańczyć to
i ona może potrafi ale jak jej zagra ten jej facet! Skubana suka złapała takiego, to już go nie puści. Przystojny, bogaty, przyrodzenie ma niczym dobry kruszec warzące i na swoim miejscu zamocowane. Co za suka zabiera kobietom w wieku dojrzałym, pięknym, inteligentnym
i doświadczonym,  rówieśników z rynku matrymonialnego? Tylko parszywa suka!

 

„SUKA”. O tym jak często to okropne słowo jest nadużywane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety uświadomiła mi Krystyna Kofta w książce, którą popełniła w ubiegłym roku „Suki”. Przyznam, że Kofta dotkliwie zadała cios etyce i kulturze osobistej, jaką sądzimy, że reprezentujemy- my intelektualiści
i intelektualistki, wolni ludzie. Też coś!

Na kolana zupełnie powala „Traktat o sukach”, jaki na łamach powieści tworzy pisarka Adela, jedna z głównych bohaterek książki, choć sama z „typową” suką się nie kojarzy, to i tak często tym słowem obrywa. Adela zauważa w jaki sposób to słowo, używane z taką lekkością rani, krzywdzi, a co gorsza na dobre wdziera do jakże wybitnego języka polskiego i wachlarza nawyków społecznych zezwalających na przypisywanie tego określenia wedle uznania każdej kobiecie. „Suka”, niczym „kurwa” stała się przecinkiem w mowie potocznej, w mowie kuluarowej, w mowie polskiej.

„Ty suko, jak zaparkowałaś!?”, „Nie chce mi dać podwyżki wredna suka!”, „Udław się suko tym swoim uśmiechem.”, „Tylko takiej suce mógł się trafić taki facet.”, „Skąd ta suka ma tyle kasy?”, „Suka-puszcza się na prawo i lewo.”, „Dupą to stanowisko wywalczyła, suka jedna”, „Gdybym był ładny jak ty, też miałbym dobre oceny, ty suko.”,  eteceraaaa….

Mowy nie ma o solidarności jajników, kobiecej przyjaźni, czy lojalności. Zazdrośni mężczyźni
i małpujące po nich kobiety na zmianę obdarowują uśmiechem i określeniem na „s” co drugą napotkaną kobietę. Po co? Cóż, może czują się dzięki temu lepiej. Słowo „suka” nie stanowi komplementu, nie jest też miłe, obniża zatem wartość obdarowanego nim bohatera, w tym wypadku bohaterki.  No i wkracza wspaniałe odkrycie psychologii społecznej pod nazwą slut schaming., które wszystko wyjaśnia, ale tylko jeśli mowa o płci jakże pięknej.

Po co obniżać wartość innych? A po to, by samemu poczuć się lepiej. Tak, tak jesteśmy bardzo zakompleksionym społeczeństwem XXI wieku, zaryzykuję, że bardziej, niż kiedyś… Wniosek  z tego taki Czytelniku- jeśli usłyszysz o pewnej kobiecie, że jest suką więcej niż 4 razy, biegnij ją poznać! Może i nawet się z nią zaprzyjaźnisz lub się w niej zakochasz,  bo prawdopodobnie to inteligentna, asertywna i zaradna życiowo kobieta.

To tyle. Rozumni, pojęli. I hope! J

Nie będę pisać więcej o książce Kofty, nie chce odbierać Wam radości płynącej z jej lektury.
Do książek zatem i do następnego wpisu!

Pozdrawiam,

Xoxo Spryciara

Jeśli powrót, to z przytupem i dobrym tematem. Mam dla Was coś interesującego. Włóżcie ulubione, niekoniecznie wygodne buty, bo czeka nas mała, piesza, perwersyjna wędrówka.

Uważa się, że różnice indywidualne dzielą ludzkość na podzbiory także w kategorii kroków, a dokładniej rzecz ujmując stylu ich stawiania. Krok krokowi nie równy. Niektóre żwawe, inne powolne i ociężałe, jeszcze inne sprężyste. Kroki podobno nas zdradzają. Na ich podstawie bowiem, wszak obrzydliwi złoczyńcy potrafią w ułamku sekundy ustalić szanse złamania upatrzonej ofiary i własnego sukcesu. Krokami, zupełnie nieświadomie, ale zawsze, interesują się chociażby gwałciciele… Tak jest! Dlatego nigdy nie zdrabniaj dziewczyno, stawiaj pewne kroki, trzymaj dystans między stopami i co ważniejsze- nie oglądaj się za siebie!  To było jedno z moich głównych przykazań z dekalogu bezpieczeństwa. Było i jest. No dobra,  koniec  z osobistymi dygresjami, zacznijmy od nowa, czyli od „Kroków” Kosińskiego Jerzego- jednego z moich ulubieńców. Jak ja lubię tę jego prozę!

Kroki

 

Och Jurek, Jurek… Ty to musiałeś mieć życie…

„Kroki” to kolejna książka autora nasycona wątkami autobiograficznymi. I tutaj zaczyna się zabawa! Dlaczego bowiem tylko dobre lub nieszkodliwe postępki miałyby mieć źródło w stanie faktycznym, zaś te złe miałyby pozostać wytworem wyobraźni? Wiedzieć musicie, że poszarpany tekst doskonale oddaje historie bohatera o dość poszarpanym życiorysie. Tutaj uratuje kobietę, wskaże hipokryzję kościoła.. a tu gardło podcina, jaja miażdży i zabija… Czy to wciąż jedna i ta sama osoba, czy kilka historii niezależnych? Ot cały Jurek! Zastanawiaj się Czytelniku! To samo, czy już inne? A jaki Ty masz system wartości? Zrobił byś to, czy tamto? Rozdzielił, czy też połączył zło i dobro na jednej półce sadzając? Pomyśl!

Czytam i myśli kotłują mi się pod kopułą, a mimo to oderwać się od lektury nie mogę? Dowiaduję się, że ludzie mogą być szlachetni, że czasem mają honor… albo że są dobrzy, a co z tym się wiąże- ufni i naiwni, podatni na manipulację kochanków…(Miłość to najgorszy doradca w kwestii oceny drugiego człowieka. Zawsze zmyli, w pole wywiedzie, na niebezpieczeństwo narazi…), bywają też hipokrytami, manipulantami, egoistami i chamami.. a jaka jestem ja? Jaki system wartości mam tak na oficjałkę, a jakiego się trzymam tak naprawdę? Czy posunęłabym się do pewnych rzeczy? Co cenię, a czego nie znoszę w ludziach? Pytam i staram się odpowiedzieć. To trudne, bo trudne być musi.

„Kroki” to początek wędrówki w głąb siebie. Wędrówki nie łatwej, bo zahaczającej o religię, ego i kompleksy…Wędrówki bardzo potrzebnej. Zachęcam do lektury, choć nie rozumiem kto projektował okładki dla polskiej edycji książek tego autora… Straszne są! Owszem jest w prozie Kosińskiego sporo seksu, ale to nie znaczy, że ma on sprzedawać książkę ubierając ją w tak banalną oprawę. Dobrze, że nie dla okładki, a treści większość czytelników kupuje i czytuje książki.

Kroki

Serdeczności, słodkości i przyjemności,

Spryciara

 

 

Londyn, teatr i niesamowicie dobra narracja- to wystarczyło, abym pokochała „Buddę z przedmieścia” autorstwa Hanifa Kureishi. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, iż aby Was- Drodzy Czytelnicy zachęcić do sięgnięcia po tę niezwykłą książkę, muszę opowiedzieć nieco więcej. Proszę bardzo- to dla mnie wielka przyjemność!

Budda z przedmieścia

Mężczyzna- osobnik płci męskiej, dowolnej rasy. Jaki powinien być, aby wzbudzać szacunek, sympatię, a nawet zachwyt? Zdania mogą być podzielone. Czy ów mężczyzna powinien być przystojny, bogaty, a może niezwykle inteligentny? Najlepiej pełen pakiet! Czy jednak nie straci w naszych oczach, gdy rzeczywista sytuacja obnaży jego absolutny brak umiejętności podstawowych, chociażby takich jak przygotowanie śniadania? Cóż, Karim- główny bohater powieści „Budda z przedmieścia” zderzając te dwa odległe światy, jakim była rzeczywistość, a więc proza życia i super ego człowieka doskonale mu znanego, stwierdził, iż jego ojciec jest po prostu żałosny i kompletnie mu nie imponuję. Wówczas w Londynie, w jednym z mieszkań bezpowrotnie upadł MIT mężczyzny, jaki wykreowały Indie.. W Londynie nie obowiązywał bowiem system kastowy… obowiązywał jednak klasowy; dobrze urodzeni, inteligenci kontra klasa robotnicza, zamieszkująca na przedmieściach Londynu…

Zupełnie niesłusznie, imigranci zostali wykluczeni z tej pierwszej, pomimo oficjalnie przyjętej poprawności politycznej. Nie mogli być jak rdzenni mieszkańcy, więc przyjęli pozycję po przeciwnej stronie bieguna. Często szczycili się tym, iż się nie uczą, nie rozwijają, nie pracują… zupełnie nieświadomie zamykając sobie drzwi do lepszego świata, o którym przecież marzyli- oni, ich rodzice, dziadkowie , a także krewni, którzy planowali rozpocząć życie w lepszym świecie- UK!

Czy o tym jest tak książka? I tak, i nie. Losy Karima- potomka rdzennej Brytyjki i Hindusa, ocierają się podobny zarys rzeczywistości- jednak nie wyczerpuje on tematu. Bohaterowie Kureishi są autentyczni, chwytają się ludzkich umysłów i na długo zapadają w pamięć. Każdy z nich jest inny; zarówno w zbiorze, jak i pomiędzy zbiorami- a wiec zupełnie inny niż Czytelnik. W każdej wariancji. To właśnie ta „inność” sprowadza na Czytelnika natrętne myśli dotyczące podobieństw i nierzadkiej niesłuszności własnych postaw i przekonań. Dodam, iż cieszy mnie punkt widzenia autora- nie dzieli on bowiem społeczeństwa na dwa zbiory MY-ONI, a wskazuje nawet na wewnętrzne konflikty, chociażby pomiędzy imigrantami , którzy jak się okazuję, również bywają uprzedzeni chociażby względem Pakistańczyków.

 

„Budda w z przedmieścia” skłania do refleksji, ale co ważniejsze dodaje odwagi w pogoni za własnymi marzeniami i ich realizacją, jednocześnie boleśnie przestrzegając, iż samo spełnienie marzeń, nie uczyni nas szczęśliwymi ludźmi.

Mnie osobiście wątek Karima- chłopaka, który na początku zupełnie od niechcenia staję się aktorem, uwiodła najbardziej. Podobnie z resztą jak ten cały egotycznie i seksualnie rozbuchany świat artystów. Sceptycyzm i pożądanie czasem nie mogą się wykluczać. Zwłaszcza jeśli mowa o sztuce przez wielkie „S”- ktoś musi poświęcić swój tyłek…w przenośni i dosłownie, warto zatem nosić przy sobie wazelinę.

Kureishi nie kończy optymistycznie, ale daję nadzieję i poucza. Zmiana i chaos, a także mieszane uczucia względem otaczających nas osób stanowią stały element naszego życia. Czy to w Londynie, czy w Nowym Jorku, czy też we Wrocławiu… Serdecznie polecam lekturę „Buddy z przedmieścia”!

 

Powyższy wpis dotyczy książki Hanifa Kureishi „Budda z przedmieścia”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa ZNAK w 2015 roku.

Upalne lato sierpień 2015. Kiedy słupki rtęci dobijały do trzydziestki -czułam się świetnie, kiedy zaś dosięgły do trzydziestki piątki i na dłużej zadomowiły się na tej wysokości, poczułam lekki dyskomfort. Brak oddechu w tramwaju, niemoc joggingu i trud spacerów rozgrzanymi, miejskimi chodnikami,  wzmagały deprywację; aby nie dopuścić do kolejnego etapu, jakim jest irytacja, przekształcająca się nie rzadko w agresję, sięgnęłam po książkę, jak to zwykle w mym życiu bywa. Jednak tu zaskoczenie… przełamałam bowiem pewien schemat w kwestii wyboru tytułu…

Trudno mi określić, czy to z wewnętrznej przekory, cech charakterologicznych jakie prezentuję, czy też ze zwykłej głupoty, posiadam nawyk nie pochylania się nad niczym, czym zachwyca się większość. Ot, taka moja ludzka przypadłość. W egoistycznej chwale nazywam się „nonkonformistką”. Nie oglądam filmów, które podobają się wszystkim, nie zachwycam się trendami w modzie, które stają się popular, nie lubię muzyki puszczanej w radio i nie czytuję książek prezentowanych na półce w empiku opatrzonej tabliczką „bestselery”.

Tak już mam. Dlatego też moja stała odpowiedź na szereg pytań związanych z twórczością pewnego wrocławskiego autora: „Czytałaś już najnowszego Krajewskiego?”, „Czytasz/ znasz Krajewskiego?”, „Co myślisz o książkach Krajewskiego?”, brzmiała zazwyczaj podobnie, przy czym, przy ostatnim pytaniu zmuszona byłam zmodyfikować odpowiedź z „Nie.” na „Nie znam”. Czytelnik winien wiedzieć, iż od dziewięciu bowiem lat pomieszkuję we Wrocławiu jako „słoik”; tutaj studiowałam, tutaj pracuję i tutaj mam znajomych oraz przyjaciół rozkochanych w kryminałach Krajewskiego, którzy kolekcjonują jego książki, mówią o nich, piszą na ich temat… a przede wszystkim czytają je z wielką pasją!

 Dlaczego i ja miałabym je czytać? Broniłam się. Przyszła jednak pora i na mnie, a wszystko za sprawą leżaka i gazety, której strony przewracałam lepkimi od potu dłońmi pobierając jednocześnie naturalny ekstrakt witaminy D, kiedy to natrafiłam na wywiad, kryminalny w skutkach rzekłabym :)

Dziś mogę o tym napisać; po kryminały autorstwa Marka Krajewskiego sięgnęłam nie ze względu na ich popularność i uznanie, a postać samego pisarza, bowiem tak dobrego i szczerego wywiadu nie czytałam od dawien dawna. „To musi być niezwykle interesujący człowiek”- pomyślałam, w tym samym czasie efekt aureoli przeniósł przymiotnik z nad osoby pisarza na jego dzieła, i tak sięgnęłam po „Dżumę w Breslau” (tak wiem, zachwiałam kolejność… symetria i powtarzalność nie jest mi jednak tak bliska jak Panu Romualdowi Zaleskiemu z „Foto Tęczy”) i wpadłam jak śliwka w kompot!

kryminał

Marek Krajewski- „Dżuma w Breslau” & „Władca liczb”

 

Lato 2015, upalny sierpień podczas którego padają same rekordy temperatur- 38,9! Jak żyć? Tylko na tarasie wieczorną porą w towarzystwie kryminału, lampki schłodzonego wina i dobrego kryminału. Kryminału, którego akcja rozgrywa się w mieście tak bliskim i odległym w czasie jednocześnie. 1923, 1956 i 2015 dnia dzisiejszego. Nie będę rozpisywać się nad fabułą, pewnie większości z Was jest ona doskonale znana- przyznaję, iż w tej kwestii jestem znacznie opóźniona; muszę jednak wyrazić swój zachwyt dla postaci Eberharda Mocka, choć i Pan Popławski ma w sobie coś intrygującego… ta druga postać o dziwo ma kilka cech wspólnych z samych autorem… Nie sądzicie?:)

Z doświadczenia mola książkowego wiem, iż kryminalne fabuły nie różnią się od siebie w dużej mierze;  w tym gatunku karty rozdawane są przez szczegóły, sentyment wyzierający z tła rozgrywających się wydarzeń, główne postaci oraz styl pisania. Ja osobiście uwielbiam czytać prozę wykształconych ludzi… i nie mówię tu o klasycznym Magister of Art… you know :)

Skwarne lato 2015

Skwarne lato 2015

Język polski jest piękny; im prostszy i przystępniej podany, zachwyca jeszcze bardziej zwłaszcza, gdy przeplatają go pewne łacińskie zwroty… człowiek się uczy, za to kocham książki!

 

W kolejnej odsłonie.. Wojciech Kuczok i jego wytwory artystyczne. Śledźcie mnie na spryciara.crazylife.pl

 

Pozdrowienia,

Spryciara

Matką być, czy też nie? – Oto jest pytanie.. Ważne by móc je sobie zadać, zaś potem udzielić odpowiedzi zgodnej z samą sobą, swoimi planami i wizjami … a następnie żyć w roli, którą same sobie napiszemy, nie zaś tej narzuconej odgórnie przez społeczeństwo. Chcesz być matką bądź, nie chcesz to nie bądź… Nie ma nic gorszego niż bycie niekochanym i niechcianym dzieckiem- miej to w pamięci podejmując decyzję…

CZARNE MLEKO

Po kolejną książkę Elif Safak sięgnęłam zauroczona prozą, jaką popisała się autorka przy „Pałacyku Cukiereczek”, tym razem padło na polecone przez znajomą „Czarne mleko”, które już na początku  uznałam za lekturę wysoce nietrafioną, bynajmniej dla mnie. Wraz z kolejnymi stronami, było jednak coraz lepiej i choć książka z pewnością nie znajdzie się w zbiorze okraszonym nazwą „ulubione”, postanowiłam ją Państwu przedstawić. Dlaczego? Otóż, dręczące autorkę dylematy życiowe, mogą być tożsame z dylematami nie jednej kobiety; bez względu na kulturę, granice geograficzne, czy tez status społeczny, MACIERZYŃSTWO to temat, z którym każda kobieta w jakimś stopniu się mierzy.

„Czarne mleko” to zbiór myśli, refleksji, wspomnień gnieżdżących się w umyśle pisarki, które postanowiła przelać na papier w trudnym dla niej okresie, winnym być dla niej bardzo radosnym. Książka powstała,  kiedy to dotknięta depresją poporodową Safak stawiała pierwsze kroki w pełnieniu nowej dla niej samej roli, roli matki.  Jest ona próbą uporządkowania zdarzeń, zorganizowania przeszłości i teraźniejszości, nadania im struktury, aby skutecznie wesprzeć przyszłość pisarki, nadać jej utracony sens.

CAM03099Elif Safak zaprasza Czytelnika do podziemia swojej duszy, przedstawiając  swój wewnętrzny harem kobiet, z których każda choć zgoła inna, stanowi cząstkę samej Safak. Przyznam uczciwie, iż ta część najbardziej mnie irytowała; dysputy pomiędzy „Mamcią Puding Ryżowy”, a „Panną Intelektualistką” doprowadzały mnie do absurdalnej furii, zmuszając poniekąd do uruchomienia klawisza „skip”. Jakoś jednak przebrnęłam, pokusiłam się nawet o tezę, iż małe Calineczki symbolizować miały wielość ról, jakie pełnią kobiety, zaś konflikty pomiędzy małymi paniami to nic innego, jak kobiece konflikty wewnętrzne: „Kariera, czy oddanie mężowi? Cynizm, czy empatia? Dzieci, czy rozwój zawodowy?”…

Uważam jednak, iż taki wewnętrzny harem jest niezdrowy, odciąga myśli od rzeczy istotnych i ważnych, dysputy i wciąż rozwiązywane dylematy są dobre, o ile prowadzą do rozwiązań, nie zaś permamentnej stagnacji, objawiającej się stanem „rozważania”. W pewnym momencie lektury chciałam krzyknąć do samej pisarki „Nie myśl tyle, działaj! Przegapisz swoje życie!”.

Przyszła pora na pochwały i podziękowania, dotyczą one pomysłu na wprowadzenie do fabuły (bądź co bądź w głównym nurcie dość nudnej) znanych, aczkolwiek może częściowo zapomnianych postaci kobiet piszących, walczących, mówiących w swoim imieniu i przełamujących pewne konwenanse…Pisarek przez wielkie „P”.  Muszę przyznać, że ich historie były dla mnie bardzo inspirujące, obudziły też dumę płynącą z przynależności do płci pięknej ciałem i umysłem, o duszy zapomnijmyJ

Notka bibliograficzna:

Elif Safak- turecka pisarka urodzona we Francji, obecnie zamieszkała w Stambule i Londynie. Wielokrotnie nagradzana, uznana na świecie. Artystka płodna i inspirująca, której udało połączyć się macierzyństwo z pisarstwem. Turecka feministka, nie do końca jednak sfeminizowana… koniec końców, to ona zajmowała się niemowlęciem, mimo depresji pisarki, jej mąż nie zajął się zmianą pieluch… a niania;-)

„Nigdy nie będziesz tak dobrą matką jak byś chciała”

-Jodi Picoult


Drodzy Czytelnicy, które książki Elif Safak polecacie?

Pozdrowienia,

Spryciara

W Pałacu Cukiereczek, budynku mocno osadzonym w stambulskiej teraźniejszości, przeszłość starannie odbija swoje ślady, pozostawiając tu i ówdzie kolorowe papierki, te pachnące ładnie oraz te zupełnie brzydko. Kamienica ta zwana zgodnie z wolą właścicielki „Pałac Cukiereczek” mieści w sobie dziesięć lokali, z których każdy kryje myśli, uczucia a nawet tajemnice swoich właścicieli tudzież najemców. Te porozrzucane w pojęciach emigracji, śmierci, kompulsji, zdrad, braku pieniędzy, marzeń i nadziei puzzle składają się w piękną i skomplikowaną strukturę w barwie, hałasie, smakach, zapachach i różnorodności podobnej do pchlego targu, na którym jest wszystko razem i nic z osobna..

Kto jednak nie lubi pchlich targów i skomplikowanych na wielu płaszczyznach ludzkich historii? Ba! Ja uwielbiam!

Pchli Pałac

 

Turecka literatura zagościła na moim regale za sprawą Orhana Pamuka, jednak „Biały zamek”, choć zacny i godny uwagi, nie skradł mojej czytelniczej sympatii tak bardzo, jak nieco prostsza w odbiorze i cieplejsza w zrozumieniu dla ludzkich losów proza Elif Safak, tureckiej pisarki, uznanej na świcie i okrzykniętej godną następczynią wielkiego Pamuka.

 „PCHLI PAŁAC”, będący jedną z pierwszych prac tej autorki, zabiera Czytelnika do Stambułu, chytrze przenosząc go w czasie prawdą i kłamstwem naznaczonym.

 

„Pałac Cukiereczek” zdają się zamieszkiwać dziwne jednostki, można pokusić się o stwierdzenie, iż mieszkają tam głównie pomyleńcy, dziwacy i fanatycy. Co ciekawe, noszą godnie swoje piętno, czy to dlatego, iż ich dom znajduje się w miejscu ruin dwóch cmentarzy, zupełnie bliskich, aczkolwiek krwiście wrogich sobie religijnych grup wyznaniowych: Ormian i Muzułmanów?- trudno stwierdzić. Jedno jest pewne, same postaci, ich cechy i motywy zachować dziwią, bawią, a nawet wzruszają.

Do moich ulubionych bohaterek zaliczyć można małą, rezolutną Su, której przyszło żyć w sterylnym domu, zawładniętym przez szurniętą, owładniętą potrzebą czystości matką oraz Madame Babcię. O tej drugiej nie mogę napisać zbyt wiele, ale tylko po to, by Czytelnik nie stracił radości odkrywania pewnych tajemnic, zaś mała Su bawiła mnie swoją rezolutnością i przebiegłością- podobnie jak woda, której imię jej nadano,  dopasowywała się do koryta, w którym przyszło jej płynąć…

cakeKsiążkę polecam wszystkim Czytelnikom, których potrzeba poznania i przygody  nigdy nie zanika. Elif Safak zabrała mnie bowiem w ponowną podróż do Turcji i choć twardo odżegnywałam się od kolejnych wizyt w tym kraju, tę właśnie podróż określić mogę jako sympatyczną. Safak odświeżyła pozytywne wspomnienia i pokazała znośną ilość tak niezrozumiałego dla nas ludzi z zachodu wschodniego szaleństwa. Turcja to kraj baśni, wierzeń, zaklęć i niezrozumiałego zachwytu dla zachodu, przy jednoczesnej negacji zasad, które tam panują.

Czy Turcja to kraj zamieszkały przez nieszczęśliwych ludzi, którzy ciągle za czymś tęsknią? Trudno stwierdzić, z pewnością jednak kilka takich osób zamieszkuje  „Pałac Cukiereczek”- pomimo słodkości, barw, smaków…smród tęsknoty wydobywający się z przeszłości zawartej w śmieciach, zabiera ich życiu wydźwięk szczęścia…

Dobrej lektury życzy Spryciara.

"Wystarczy być"Mówią, że „nie szata zdobi człowieka”, cóż w przypadku Losa- ogrodnika, który nie potrafił ani czytać, ani pisać, to właśnie dobre garnitury z lat 60 tych, zwróciły ku niemu oczy pięknych i wpływowych kobiet. No dobrze, może nie sam ubiór, lecz wyjątkowy sposób bycia Losa vel Rossa O’Grodnicka, sprawiał, że płci pięknej miękły na jego widok kolana, zaś mężczyznom wyostrzała się ciekawość-pierwotna chęć poznania.

Człowiek z czystą kartą, którego historia nie została spisana nawet ołówkiem na fiszce papieru, otrzymał od Kosińskiego rolę głównego bohatera w świecie absurdu, skrótów myślowych, automatyzmów oraz znanej w Ameryce i na świecie chęci bycia wyjątkowym i przebywania wśród takowych osób.

Los

Jak niewiele potrzeba nam wiedzieć o człowieku, by bezgranicznie się nim zachwycić… Los, sierota, przyjęta pod dach pewnego majętnego, aczkolwiek specyficznego człowieka, dorastał wśród roślin oraz bohaterów pochodzących z fascynującego świata kryjącego się tuż za ekranem telewizora. Los zastanawiał się niejednokrotnie, jakby to było gdyby mógł znaleźć się na ekranie, czy jego rozmiar zmieniłby się na stałe, czy tylko na czas trwania emisji danego programu… podobne pytania zadają dzieci, co jedynie przybliża poziom rozwoju intelektualnego, na którym znajduję się Los w chwili poznania. Co ciekawe, brak kompetencji społecznych, wiedzy oraz wykształcenia, nie przeszkadza mu w szybkiej i niespodziewanej karierze, na którą on sam wpływa w niewielkim, ażeby nie powiedzieć w żadnym stopniu…  To otoczenie kreuje, dopowiada, dopasowuje… czyniąc z niego wybitnego kochanka, znawcę świata gospodarki, polityki i finansów…Mimo, że Los mówi tylko o tym, na czym się zna, a więc o ogrodzie, inni ludzie przypisują mu wiedzę znacznie rozleglejszą… I choć jak sam przyznaje: „nie potrafię pisać”, „nie czytam gazet”, wybitnym specjalistom to nie przeszkadza: „kto dziś czyta gazety”! Bowiem kiedy oczywistość staję nazbyt oczywista, z uwagi na niezgodność ze schematem poznawczym owocuje absurdem w pełnej krasie!

„Wystarczy być” Jerzego Kosińskiego Czytelnikom na świecie znana jako „Being there” to majstersztyk godny uwagi, atencji, nagród i pochlebstw. Wszystkim tym, którzy podobnie jak Los wolą ekran, niż zgrabnie ułożone w wyrazy literki, polecam uwadze film Hala Ashhby’ego z doskonałą kreacją Petera Sellersa o OGRODNIKU właśnie ;)

Jerzy Kosiński

 

Pozdrawiam,

Spryciara

Więcej: Kosiński, J. (2011). Wystarczy być. Wydanie II. Opole: WZDZ- Drukarnia Lega.


  • RSS