Wpisy z tagiem: przygoda

Zawsze uważałam, że podróże dookoła świata muszą być fascynujące. Wydawało mi się, że podróżowanie czyli poznawanie nowych kultur, krain geograficznych, zmaganie się z przeciwnościami losu i bycie w drodze jest wspaniałe… jednym słowem PRZYGODA! Przygoda zarezerwowana tylko dla odważnych, na szczęście dla reszty pozostaje jednak równie interesująca alternatywa, mianowicie KSIĄŻKA. Nie muszę chyba dodawać, że zaliczam się do tego drugiego zbioru. Jako przedstawicielka osób bojących się dzików, wysokości i krwi nawet nie marzę o tym, by z plecakiem wybrać się w podróż do Tybetu.  Udało mi się jednak poznać tę niezwykłą krainę od pięknej, fascynującej strony, a to za sprawą malarki i pisarki, Aya Goda i jej magicznemu „TAO”. Tutaj powinno pojawić się „serduszko” .

Aya Goda

Aya Goda

„TAO” to opowieść o dwóch pokrewnych duszach, które los zetknął w podróży i połączył wspólną przygodą i uczuciem. Nie brakuje w nim ważnych w kulturze Chin i Tybetu zwrotów i faktów historycznych, uczuć, które nie wymagają nazywania pasji-pasją, a miłości- miłością (Azjaci są w tym temacie wyjątkowo oszczędni), jest za to wspólne przebywanie, empatia i wyrozumiałość. Dla zepsutego wzniosłym „Ja” świata zachodu  jest to zjawiskowo piękne, ale też tak bardzo „egzotyczne” i niezrozumiałe do końca.

W opowieściach Aya i Cao o Tybecie najbardziej ujęła mnie historia „mistrza ceremonii w pochówków przez powietrze”. Tseren, którego poznajemy w czwartej części powieści, zajmuje się  pochówkiem przez powietrze, jest więc grabarzem, ale jakże wyjątkowym.

Mieszkańcy Tybetu z uwagi na trudne warunki, w jakich przyszło im żyć, wydają się obcować w 100% w zgodzie z naturą, przystosowując się do łańcucha, jaki jest w przyrodzie przypisany. Zjadanie się, umożliwiające przetrwanie jest czymś naturalnym. Robaki i ryby jedzą ludzkie ciało, psy jedzą kupy i padlinę, odchodami jaka pali się w piecu, etc.  Nic nie może się zmarnować, nawet ludzkie odchody,  które ze smakiem są zjadane właśnie przez psy.

Wracając do pochówku; otóż występują jego cztery rodzaje; poprzez spalenie- tylko dla najbogatszych, poprzez ziemię- dla zmarłych na choroby zakaźne, w wodzie- dla niemowląt i samobójców oraz przez powietrze- dla wszystkich pozostałych. Ostatni jest najciekawszy! Wysoko w górach na specjalnej platformie odbywa się ta interesująca i przez Europejczyków być może nazwana „makabryczna” ceremonia.  Przywiezione na specjalnym wózku owinięte w płótno nagie zwłoki układa się na kamieniu rzeźniczym, przywiązując jednocześnie głowę za pomocą liny do dużego kamienia. W tym samym czasie zapala się ogień, by dymem dać sygnał ptakom. W  dalszej kolejności mistrz ceremonii odkrawa części ciała ludzkiego i rzuca je sępom na pożarcie. Makabryczne? Wydaje się, że tak jednak poznając bliżej kulturę i warunki panujące w Tybecie, wydaję się to być nieco bardziej naturalne rozwiązanie. Żywi, mają szanse przeżyć, a martwe ciało zostaje wykorzystane w 100%. Poza tym Tybetańczycy wierzą, że dusza nieboszczyka, którego ciało nie zostanie w całości zjedzone przez sępy, będzie się tułać po świecie i cierpieć, dlatego też dbają o solidną zapłatę dla mistrza ceremonii, którego jednak wolą omijać na ulicy- za paznokciami może mieć bowiem nadal strzępki ludzkiego ciała…

TAO na swoich niespełna trzystu stronnicach mieści wiele równie interesujących i prawdziwych historii. Wybrałam tę, ze względu na osobiste zainteresowania lękiem egzystencjonalnym, od lat badanym w ramach Terror Management Theory.

Nie mogę zakończyć tego wpisu nie zwracając uwagi na trudną sytuację Chińczyków zmuszonych do życia w socjalistycznych Chinach. Kiedy Cao Yong wreszcie ucieka w tego kraju, w którym rządzi zakaz, bezpieka i donosicielstwo, dręczy mnie lęk… widziałam bowiem „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego, ostatnie wyrazy do momentu, w którym pojawia się hasło „wylądowaliśmy”, czytałam  niemal na bezdechu w obawie przed awarią samolotu. Yong miał  więcej szczęścia, niż Witek- główny bohater filmu Kieślowskiego, dzięki czemu cały świat mógł się poznać na jego wspaniałym talencie. Wielka w tym również zasługa Aya Gode, bez której to wszystko mogło się po prostu nie udać.

Podsumowując, wspaniała książka! Dzięki niej poszerzyłam swój horyzont, poznałam magiczne krainy i obowiązujące w nich normy społeczno- polityczne. Śmiem twierdzić, że rozumiem więcej, ale wiem wciąż za mało… Ot, magiczna moc lektury!

 

praca wre by Spryciara

praca wre by Spryciara

Dla zainteresowanych przekazuję link obrazujący twórczość Cao Yonga. Prawda, że wielki artysta?:)


http://caoyong.us/

 

Mieliście  w rękach tą magiczna książkę?!
Jakie są Wasze odczucia po jej lekturze.
Dzielcie się proszę swoimi spostrzeżeniami w komentarzach!

 

Serdeczności!

Spryciara

Jezus, mysz i piwnica…

0

 

Mówią, że życie studenta nie jest usłane płatkami róż i dolarami… Masa nauki, ogromna chęć bywania oraz nieumiarkowanie w piciu, no i ten intensywny system randkowy…

Wiadomo kwiaty i drinki kosztują, kosztują też środki antykoncepcyjne
i ubrania, a pieniądze no cóż, rodzic zapłać, co łaska… bo jak wiadomo, studiując, rzadko można też sporo zarabiać..

Myślałam, że ten etap mam już za sobą, okazuję się jednak, że nie…zwłaszcza, iż wróciłam na studia, tym razem w innym mieście. Dla tych którzy dotąd żyli ułudą, że życie zaczyna się po studiach, krach, życie po studiach się kończy… lub czasem zaobserwować można zjawisko… absolutnej regresji….

Równanie mojego życia ma obecnie wiele niewiadomych i wygląda mniej więcej tak:

4x pęd do wiedzy+ 8x satysfakcja – ( kasa+ kasa+ kasa) + nadzieja, matka zdolnych – głupota, macocha narcyza= jestem w czarnej d...

Ile wynosi ten X?

Z bardzo mądrych publikacji oraz interesujących wykładów z lat ubiegłych, dowiedziałam się, że nie należy traktować życia, jako gry o sumie zerowej… za dużo frustracji, za mało kreatywności, za dużo zazdrości i niezdrowej rywalizacji. Niestety w finansach ta teoria nie działa, bo jak masz 200zł, to zero oznacza dno i fakt, że już ich nie masz, a każda liczba powyżej zera, to powód do radości i nadzieja, na to, że noszona w portfelu figurka, wreszcie weźmie się w garść i gotówkę pomnoży.

 

Moja obecna sytuacja skłoniła mnie do podjęcia wyzwania, mającego na celu, zrobienia ze mnie osoby, światłej, błyskotliwej i niebawem zatrudnionej w zawodzie. Ponieważ sukces, nie byłby sukcesem, gdyby nie był okupiony krwią, potem i łzami… Przyjęłam postawę związaną z OSZCZĘDZANIEM, a potem już poleciało… Historie, niczym asy z rękawa posypały się prędko, po to by urozmaicić mi życie, a ja nie byłabym sobą, gdybym o nich nie opowiedziała, dodając tu i ówdzie nieco kolorku, smaczku, czy pieprzu…

Życie włóczykija- podróżnika, wymaga odwagi, pasji i sprytu… bez szczęścia się również nie obędzie, ale czasem brak szczęścia przyprawia o zawrót głowy i śmiech!

 

Pokój miał być dwuosobowy, z dwoma oddzielnymi łóżkami. Było zdjęcie, całkiem miło, mh… za tę cenę być może za miło, gdzie jest haczyk? A taaak, to położenie, strasznie daleko od centrum, to musi być to… nie było.

Zdjęcie, podobnie jak na fotce pl., tak i w nieruchomościach może być sprytne!Może na przykład pod zasłoną burzy loków pokazywać tę lepszą część twarzy, może też pokazywać jedynie połowę pomieszczenia, w którym mieści się pokój… Połowę piwnicy!

Klimat był taki: przyciemnione światło, miła starsza pani, chociaż nieco wścibska, dużo książek, pamiątek rodzinnych i Jezusów, którzy, podpatrują, żebyś przypadkiem nie dopuściła się grzechu w tym domu… Było też dużo drzwi, które nie wiadomo dokąd miały prowadzić, był brak zamka i nie działająca klamka! Horror? Nie, jeszcze nie, ale kiedy śpiąc usłyszałam dźwięk pogrzebacza, miałam zamiar odszukać w mroku łagodne oczy jednego ze Zbawicieli i poprosić o wybaczenie mi mego sarkazmu i cynizmu… Nie zdążyłam jednak tego uczynić, bo moich uszu dopadł dziwny dźwięk! Mysz, szczur, czy coś innego, skrzeczącego…piszczącego i będącego niewątpliwie na swoim terenie, przypomniało mi kto tu rządzi… i był krzyk nocny! A rano śmiech, bo słońce porozstawiało wszystkie złe duszki po kątach, ukazując małą werandę, kanarka w klatce i dobry dzień w miłym domu, do którego jednak wolałabym nie wracać, mimo że troskliwi właściciele, nawet w nocy palili w piecu, żebyśmy nie pomarzły w te styczniowe mrozy… KONIEC.


 

Spryciara.


  • RSS